"Meduzy" - reż. S. Geffen i E. Keret 2009-11-07 12:36:56

Od jakiegoś czasu ciągle się z  „Meduzami” stykałam. A to zakolegowany blogowicz napisał o nich notkę, której za bardzo nie tykałam, nie żebym się bała poparzenia, nie, nie, wiedziałam, że chcę ten film kiedyś zobaczyć, a więc starym zwyczajem, wolałam o nim za dużo nie czytać, i nie wiedzieć, nie sugerować się opinią innych. Później, gdzieś, na jakimś forum mignąl mi wątek założony przez miłośnika filmu... A to jakaś relacja z festiwalu „ENH” zawierała informację, że ten tytuł pojawił się na imprezie pana Gutka  i warto zobaczyć, w końcu film izraelski w repertuarze światowej kinematografii nie pojawia się za często, a poza tym, to debiut reżyserski i scenariuszowy pisarskiego małżeństwa Etgara Kereta i Shiry Geffen (to drugie nazwisko, wielkie, jak najbardziej kojarzy się z filmem). I tak, miałam ten tytuł zakodowany w pamięci na amen.  Polowałam na niego w kinach, ale cóż ja mogę, mieszkając ponad 60 km od wielkiego miasta – tego typu produkcje wyświetlane są tylko w malutkich studyjnych kinach, na dodatek późno wieczorem. W końcu pojawiła się nadzieja, w moim niedużym mieście, urządzono tygodniowy festiwal kultury żydowskiej. Łał! Jedną z atrakcji miał być seans w kinie (darmowy), właśnie "Meduz" i „Przyjechała orkiestra” (też chcę). Niestety, akurat w tym dniu wypadł mi pogrzeb cioci z Warszawy (to nie żart). W końcu, w końcu, w jednej z osiedlowych bibliotek Poznania trafiłam na wytęsknione "Meduzy" (tak,  teraz biblioteki wypożyczają za friko, i na cały tydzień, filmy na dvd – super!). Łapnęłam je bez wahania, a niechby mnie i nawet popieściły swoimi parzydełkami, miałam to gdzieś, tym bardziej, że w tym roku, będąc 10 dni nad morzem miałam z nimi codziennie do czynienia, więc się oswoiłam, no i zobaczyłam. I co? No, przyznam, że to dość interesujący film, tym bardziej, że tematycznie z gatunku, jakie lubię najbardziej - o samotności ludzi wśród ludzi.

Fabuła filmu rozbita jest na kilka równorzędnie prowadzonych wątków, których bohaterowie w finale nie spotykają się wszyscy ze sobą, wręcz przeciwnie, rozchodzą się, idąc każdy w swoją stronę. Widzimy, a raczej czujemy, że dane im będzie dalej dryfować samotnie po oceanie życia, niczym tytułowym meduzom,  które jak wiemy, wyrzucone na brzeg, poddane działaniu słońca, giną. Czyżby pesymizm autorów filmu był aż tak wielki?!  Czy chcą nas przekonać, iż naturalnym środowiskiem ludzi, tak jak meduz, jest ocean (samotności)?  Jak najbardziej się z tym zgadzam, co zresztą nie doprowadza mnie wcale do rozpaczy... Życie.

Sporo w tym filmie kobiet. Właściwie, to o nich jest ten film. Mężczyźni są, a raczej pojawiają się,  i tylko po to, by upewnić wszystkich (i widzów, i bohaterki na ekranie), że nie mogą dać im szczęścia. Każdy z nich, czy to będzie świeżo upieczony małżonek, czy syn starej kobiety, czy eks- mąż kobiety publicznej, czy ojciec, czy policjant – pozostawiają po sobie pustkę.

BATIA, młoda dziewczyna, kelnerka, ma rodziców, co prawda rozwiedzionych, ale jednak. Matka – udziela się w reklamie fundacji typu „Dach nad głową dla każdego” . Córka codziennie ogląda ją w telewizji, siedząc samotnie w swoim mizernym, wynajmowanym za ciężkie pieniądze, mieszkaniu, z wiecznie przeciekającym dachem nad głową (sic!). Ojciec – znalazł sobie bulimiczkę w wieku córki, którą musi się nieustannie opiekować, nie ma więc czasu dla swego dziecka, szukającego u niego odrobiny serca, wspomnień i starych ciuchów dla pięknej rudowłosej dziewczynki, którą Batia znalazła nad brzegiem morza, wyrzuconą przez fale.

KEREN – to świeżo upieczona panna młoda, ktora w wyniku złamania nogi na własnym weselu, miesiąc miodowy, miast na Karaibach, spędza w hotelu na obrzeżach Tel Awiwu. Niestety, miłość młodych małżonków zostaje wystawiona na ciężką próbę – mąż spotyka pewnego dnia, wracając z zakupami dla unieruchomionej żony, tajemniczą pisarkę, z którą nawiązuje dziwną, intrygującą intelektualno –duchową więź, czyżby jego ślub okazał się pomyłką? A pisarka zatrzymała się w hotelu z pewnym skonkretyzowanym zamiarem, czy uda się jej go spełnić?

Jest też w tym filmie Joy, gojka, Filipinka ktora przybyła do Izraela w celach zarobkowych, bardzo tęskniąca za synkiem, pozostawionym w kraju. Joy jest opiekunką, najchętniej do niemowląt, ale tak się jakoś składa, że trafiają się jej same staruszki. Joy, świetnie sobie z nimi radzi, choć nie należą one do osób najłatwiejszych w pożyciu. Staruszki mają dzieci, ale niestety, są one wiecznie zajęte – córka jednej z nich jest bardzo znaną aktorką. I matka, i córka, choć bardzo się starają, nie potrafią jednak nawiązać żadnego porozumienia czy choćby zrozumienia. Domyślamy się, że tak jest już od lat. Ale, o dziwo, Joy, Filipinka, kobieta przecież na wskroś obca starszej i zmierzłej pani,  potrafi dotrzeć do tej kobiety A dzieli ją z nią praktycznie wszystko – pochodzenie, odmienna kultura, język, wiek, status społeczny itp. Praca, praca, wieczne zabieganie, coraz to nowe wyzwania, a przede wszystkim ta nieodgadniona obcość i brak porozumienia między bliskimi, sprawia, że ludzie związani węzłami rodzinnymi  są sobie zupełnie obcy, sprawiają jeden drugiemu ból, także tym, że pragnienie zaspokojenia bliskości, jakie przeceiż nawzajem odczuwają, jest kompletnie niemożliwe. Paradoksalnie, łatwiej jest nawiązać nić porozumienia z osobą z zewnątrz, neutralną, niż z kimś z kim wiążą  nas więzy krwi. A może to normalna prawidłowość, w końcu nie bez przyczyny ukuto powiedzenie „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu” lub "Przyjaciól się wybiera, rodzinę się ma”. Może, po prostu, dla swoich jesteśmy za bardzo wymagający, a dla obcych bardziej tolerancyjni? Może w tym tkwi sekret? 


Film na pewno wart zobaczenia – temat stary jak świat, ale jakże przyzwoicie, nie nachalnie, przedstawiony. Co prawda, morze, ocean – symbol życia, na falach którego dryfują ludzie - samotne meduzy – ileż razy to już było, nawet sam Mickiewicz nie oparł się podobnemu skojarzeniu. Ale mimo wszystko, jest w tym filmie jakaś świeżość, niczym dotyk  przysłowiowej oceanicznej bryzy w upalny dzień - są niezłe fabularne pomysły – ot choćby postać tej małej rudowłosej dziewczynki, przybyłej jakby wprost z kraju Wikingów, z dwoma błękitnymi oceanami pod łukami brwiowymi i "milionami" piegów niczym piasek na ich brzegach. Są piękne zdjęcia, a na nich ładne lecz jakże samotne, kobiety i są mężczyźni, choć jakże ich mało, którzy nie potrafią dać im szczęścia. I jest piękne błękitne morze, które co rusz wyrzuca na swój brzeg zagubione meduzy, by dokończyły swego żywota w pełnym, lecz jakże zwodniczym słońcu.

Jeśli chcemy żyć, i cieszyć się życiem, nie ma rady, musimy pogodzić się z faktem, iż naszym środowiskiem naturalnym jest nasza samotność. Na szczęście, paradoksalnie, nie jesteśmy w tej samotności osamotnieni, zawsze przecież możemy spotkać drugiego samotnika i płynąć obok niego przez ocean samotności.

 

skomentuj (2)

"Brüno" - reż. Sacha Baron Cohen 2009-10-25 19:38:13

Bruno to facet, który postanowił zdobyć sławę. Niestety, mieszka w Austrii, kraju, okrytym w ostatnim wieku wielką niesławą.  Kolebka faszyzmu – Hitler, Haider, hipokryzja, agorafobia – piwnice, zarówno mentalne jak i fizyczne jako sposób na relacje międzyludzkie  etc. Bruno postanawia więc wyjechać do Ameryki, a ściślej do LA. Jako bystry, młody mężczyzna, jest on bowiem świetnie zorientowany, także seksualnie, i wie,  że w obecnych czasach istnieją dwa niezawodne sposoby dojścia do slawy  a/ zadeklarować światu swoją homoseksualność (można sobie ten fakt również wymyśleć) i  b/ zaistnieć w mediach. Akurat z tym pierwszym nie ma problemu, Bruno raczej jest gejem,  a co do drugiego punktu – no cóż, można przecież uczyć się od największych, czyli od tych najbardziej sławnych – którzy, a to grają koncerty na rzecz walki z AIDS, lub bronią własną piersią puszczy amazońskiej,  albo karmią, prawie piersią, a na pewno dobrze wypchanym  portfelem biedne azjatyckie lub afrykańskie dzieci, a to sprzedają własne dzieci co lepszym stacjom telewizyjnym na żer różnych dziwnych programów itd. itp. Niestety, dla Bruno, co smaczniejsze kąski, owego medialnego tortu,  zostały już obdzielone,  większość globu ziemskiego została już rozdysponowana dla największych  i mało części świata będącego w biedzie zostało już do zagospodarowania. Bruno rzuca się więc rozpaczliwie  na Bliski Wschód (czyli  wzwód, jak to "śmiesznie" nazwał) – zaczyna pośredniczyć w negocjacjach między Izraelem , Palestyną Iranem i sam już wlaściwie w końcu nie wie między kim  a kim, bo o polityce, prawdę mówiąc, nie ma zielonego pojęcia. A nie ma, ponieważ jego ulubionym zajęciem jest odawanie się uciechom cielesnym ze swymi męskimi kochankami, zarówno z tego świata, jak i z zaświatów ( jedna z najgorszych momentów). I tu dochodzimy do mniej smacznej i strawnej częsci filmu.
Zgadzam się z tymi, ktorzy zauważają obrzydliwość, a może raczej dosłowność, a częściej przejaskrawienie pewnych scen, chodzi o te wyśmiewające seks gejowski ( ale nie tylko), ale jednoczesnie doceniają , zauważają humor i satyrę na pewne przejawy życia społecznego. I te mi sie najbardziej podobały i jednocześnie śmieszyły.  Choć nie wszystkie były zabawne, niektóre z nich były naprawdę drastyczne. Ot, choćby kompletne uprzedmiotowienie  Meksykanów i wykorzystywanie ich do najbardziej podłych świadczeń – w filmie służą jako meble, fotele, stoliki itp. Ale nie, nie, to nie chora wyobraźnia reżysera  podytkowała mu taki pomysł –  kiedyś ze zgrozą przeczytałam o tym, jak mężczyźni w pewnych, wiadomych, przybytkach, traktują klęczące, i oczywiście rozebrane, dziewczyny, "używając" je jako stoliczki na popielniczki.
Przerażali też głupi rodzice, którzy dla pieniędzy, albo sławy dziecka, po to, by zaspokoić swe niespełnione marzenia, są w stanie poświęcić jego zdrowie, a nawet zaryzykować życie – jestem przekonana, że castingowe rozmowy z nimi na temat zatrudnienia dzieci w filmie, nie były sfingowane.

W ogole, jestem pewna, że Cohen, w kwestii satyry na współczesne zidiociałe społeczeństwa, czerpał wprost z życia i jego obserwacji, niczego tu nie musiał specjalnie wymyślać,  niczego może oprócz scen seksu – tu mogła go ponieśc fantazja, jak to zresztą w przypadku seksu się zdarza.

Podsumwując, czy film uważam za udany? Pod względem ironii, krytyki, ostrej satyry nie tylko na amerykańskie społeczeństwo, jak najbardziej, uważam za udany i bardzom trafny, choć środki ku temu są naprawdę ostre, a przy tym nieskomplikowane. I tu przechodzę do humoru  – no cóż, nie rozumiem tych co narzekają, przecież wiedzieli na co się zdecydowali.  Chcieli zobaczyć Sachę Barona Cohen to widzieli.  Jest on określonego rodzaju satyrykiem i prześmiewcą, zawsze  konsekwentnie dążącym do jasnego celu,    łączy przyjemne z pożytecznym. Przyjemne - to jego praca, nasz śmiech (bo jednak on się pojawia) i spora kupka pieniedzy na jego koncie. A pożyteczne, to to wszystko nad czym się  przez chwilę i przez śmiech, zadumaliśmy podczas seansu. Prawdopodobnie, gdyby  nie zdecydował się na humor tego rodzaju, pies z kulawą nogą by go oglądał. Nie podoba mi się jego prostactwo, np. sceny w salonie kosmetycznym były przeobrzydliwe. Ale, czy powszechna wariacja na punkcie dbałości o wygląd, wycinania sobie wszystkiego, by osiągnąc idealną gładkość skóry, idealne proporcje nie siąga granic absurdu?   Tak jak humor Cohena.  Spójrzmy na to z tej strony – pomysłowość i głupota jego dowcipów absolutnie dorównuje "pomysłowości" i głupocie ludzkiej. Weźmy akcesoria do umilania harców w gejowksim łóżku, były przesadzone, owszem, ale czy aż tak bardzo?  Czy asortyment seksszopów, jest wiele uboższy? Jeśli można, jak czytałam, kupić w takim sklepie m.in. sztuczną rękę do "fistingu" (właśnie całkiem niedawno wzbogaciłam swój słownik o nowy piękny termin z zakresu cielesnej ars amandi), czyli do wkładania jej sobie, albo komuś do ... tak, tak, do d.....  ewentualnie gdzie indziej , noooo.... to chyba życie prawie prześcignęło samego Bruna/Cohena. :) :(

 

 

skomentuj (0)

Serce na dłoni - Krzysztof Zanussi 2009-09-16 18:44:56

Oto, dla przypomnienia, kilka słów o pomysłach reżysera, pisanych ponad rok temu, jeszcze przed wejściem filmu na ekrany kin.

"Mistrz i Doda"
„Serce na dłoni” – taki będzie tytuł nowego filmu Krzysztofa Zanussiego.  W obsadzie między innymi: Nina Andrycz, Stanisława Celińska, Bogdan Stupka oraz znany zestaw: Maciej Zakościelny, Agnieszka Dygant, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Szymon Bobrowski no i dla wielkiego huku .... nasza rodzima seksbomba - Doda. Nie będę krytykować decyzji reżysera w  kwestii doboru nazwisk. W końcu aktor serialowy też człowiek, trzeba mu (i sobie) pomóc, nie jego wina, że w Polsce dane jest mu ostatnio grać tylko w takich produkcjach).  Ale co do Dody – o tak!  do tego posunięcia (nomen omen!) mam jednak zastrzeżenia.  

Szkoda, że taki człowiek, jak Zanussi nobilituje swoim nazwiskiem, wspaniałym dorobkiem, charyzmą w końcu, przedstawicielkę kultury  najniższej, ktora, nota bene, tak naprawdę wiele z kulturą wspólnego nie ma. Takie czasy!

Ech! A jeszcze kilka miesięcy temu, słuchałam z uwielbieniem na twarzy i w serduszku,  jak reżyser apelował do nas zgromadzonych na pewnej sali, by się nie dać schamieć. Myślę, jestem pewna, że miał wtedy na myśli także omijanie szerokim łukiem  prostackich  jarmarków, gdzie dla taniej, lecz przynoszącej miliony,  sławy, kupczy się wszystkim, na czele z intymnością małżeńskiej alkowy, sekretnymi zakątkami kobiecego ciała, pseudodziecięcą obliczoną na poklask naiwnością,  a zaraz obok rynsztokową wulgarnością  itp.  
Zatrważające,  jak wszyscy w obecnych czasach  dają sobie na luz, schlebiając gustom najbardziej marnym.  Nawet najwięksi,  ci z resztkami autorytetu, którzy powinni jednak  trzymać odpowiedni bieg, by na wyluzowanym pędzie do przodu nie stracić godnego mistrza wyrazu  twarzy.  Nawet dla eksperymentu szkoda ryzykować jazdę bez trzymanki - można się normalnie wywalić, a już szczególnie w starszym wieku. Tym bardziej szkoda, kiedy ma się tak wiele do stracenia – cały dorobek życia może iść w zapomnienie, tylko dlatego, że mistrz postanowił DODAć sobie wątpliwego współczesnego splendoru, dopinając  do autentycznego (jak sam zapewniał w wywiadzie na planie filmowym) serca na dłoni nadmuchaną lalę z plastiku.

Zabawne jest w tym wszystkim to, że ta para wcześniej zapewne w ogóle nie wiedziała nawzajem o swoim istnieniu. Teraz pałają do siebie wielką miłością (czego dowód mieliśmy w „Kropce nad i”), atencją nawet, tak, tak! Ta wzajemna  atencja mogłaby być nawet imponująca, ciekawa. Starszy pan reżyser zauroczony młodą kobietką, i na odwrót.  Ale na Boga – K. Zanussi to nie Woody Allen, a Doda to nie Scarlett Johansson. Litości!



A oto kilka wrażeń, już po zobaczeniu "Serca na dłoni", pisanych bez przypominania sobie słów powyżej: :)

Żenujące dzieło . Miałkie i prościutkie, na miarę mizernego debiutu.  Sam pomysł na fabułę nienajgorszy, ale dalsza realizacja poniżej oczekiwań. W końcu nazwisko Zanussi do czegoś zobowiązuje, to dobra marka, nie tylko w temacie sprzętu gospodarstwa domowego. Zanussi obwołany kiedyś intelektualistą kina polskiego ma prawo, jak każdy, z upływem lat do wypalenia się, ale na Boga, nie może sobie pozwolić na robienie tego rodzaju ciężkich knotów. W. Allen również obniża swoje loty, ale robi to w sposób płynny, prawie niezauważalny, nie pikuje na ziemię na zbity pysk jak nasz rodzimy reżyser.  Co do udziału Dody wyraziłam już swoje zdanie powyżej, jeszcze przed zobaczeniem filmu. Teraz już wiem, jak to wyglądało. Doda występuje w filmie dwa razy. Po raz pierwszy jako Doda ta, którą znamy, czyli sexbomba całą gębą i biustem,  umilająca jakimś romantycznym pieśnidłem wieczór podtatusiałemu szemranemu biznesmenowi zza wschodniej granicy (Bohdan Stupka).  I to było nawet ok. - wiadomo, artyści, zarówno kultury wyższej jak i niższej, dorabiaja sobie koncertując na prywatnych spotkaniach. Ale, gdy zobaczyłam Dodę drugi raz, pod koniec filmu,  na ekranie telewizora, włączonego gdzieś pod mostem,  w siedlisku bezdomnych, śpiewającą arię operową, parsknęłam śmiechem -  Doda i aria operowa,  a już tym bardziej w takiej scenerii, jak "zasmarkani" bezdomni. Sztuczne silenie się na idealizm, że każdy może się zmienić, wszystko zależy od okoliczności. Owszem, ogólnie mogę się zgodzić z taką teorią, ale nie w przypadku Dody, ktorą znamy jako pazerną szansonistkę, podpierającą swą karierę "artystyczną" obyczajowymi prowokacjami, zawracającą w głowach naiwnym nastolatkom,  w przeciwieństwie do kariery divy operowej, ktora opiera się głównie na talencie i naprawdę ciężkiej pracy. Może gdyby Zanussi, do zobrazowania swych idealistycznych koncepcji wybrał jakąś aktorkę, a nie znaną powszechnie Dodę, byłby bardziej wiarygodny, a nie śmieszny.

Cały film jest sztuczny, nieprawdziwy, bardzo niedbale nakręcony, zauważa się kilka niedoróbek realizacyjnych, ma się wrażenie, mimo wyraźnych dłużyzn,  jakby wszystkim na planie bardzo się spieszyło, jakby chcieli czym prędzej kończyć,  by wstydu  sobie oszczędzić.  Zero lekkości, banalne, wygłaszane, a nie mówione, dialogi, wszyscy sztywni, widać, że grają.  Było mi wstyd, że mój wielki autorytet w ten sposób zaczyna kończyć swą  jakże wspaniale rozpoczętą ("Życie rodzinne", "Barwy ochronne" i wiele innych)  filmografię.  A najgorsze jeszcze, że nie chce się przyznać do faktu, iż tym razem nie wypaliło. Tłumaczy się na prawo i lewo, broni jak lew,  opowiada o niezrozumieniu przez widza polskiego,  a o sukcesach zagranicznych. Być może… jakiś małolat,  wielbiciel Dody, ktoś kto nie zna  starego dorobku Zanussiego uwierzy w to proste dziełko, które przecież naprawdę  nietrudno zrozumieć - mamy tu wyłożoną  kawę na ławę -  nad czym tak ubolewa reżyser.  „Serce na dłoni” po prostu  trudno zaakceptować.  Wajda też raz zaeksperymentował z "Panną Nikt", i szybko dał sobie spokój, wrócił pokornie do tematów narodowych,  i chwała Bogu.  To samo radzę Panu Krzysztofowi, niech zostawi "swołocz", nie licząc na jej nawrócenie i wraca do swych inteligentów i ich moralnych dylematów, bo w tym temacie jest najlepszy i niezastąpiony (tylko inne pytanie, gdzie ich szukać?! Tych prawdziwych, oczywiście.).  Zniżanie się do poziomu mas również wymaga klasy i świadomosci pewnych granic, których nie wolno przekraczać. Jedyny jasny punkt tego filmu, to króciutki występ Niny Andrycz, jako matki biznesmena – ta kobieta zawsze trzyma poziom i fason damy, i wszędzie czuje się świetnie.

Polecam tylko ciekawskim oraz prawdziwie kochającym Zanussiego i od razu proszę - wybaczcie mu, tak jak i ja to uczyniłam. :)

 

skomentuj (4)

"Longford" - reż. Tom Hooper 2009-07-23 00:49:38

Jeśli ktoś lubi Jima Broadbenta, z przyjemnością odkrywa jego nowe wcielenia (ja ciągle jestem pod wrażeniem kreacji kochanka i przyjaciela "Iris"), polecam kolejne, tym razem jako Lorda Longforda – Franka Pakenhama. Postać autentyczna, bardzo kontrowersyjna ze względu na swą swoistą działalność dobroczynną. Pakenham, katolik głebokiej wiary, który, jak sam mówi: „brzydzi się grzechem, lecz kocha grzeszników”, z wielkim zapałem oddaje się pracy z więźniami. Spotyka się z nimi, jest wręcz do dyspozycji na każde wezwanie, a zainteresowanie jakie wykazuje skazanym na wykluczenie ze społeczności, którą skrzywdzili, długie rozmowy na temat Boga i jego skłonności by wybaczyć każdemu każdy grzech, powoduje, że wielu więźniów odzyskuje cudownie wiarę, co bardzo często skutkuje skroceniem wyroków, nawet tych dożywotnich.

Niestety, mamy podejrzenie, że działalność lorda nie jest do końca bezinteresowna, kierowana tylko i wyłacznie szlachentymi pobudkami. Nasz bohater

lubi szczycić się swymi osiągnieciami, pisze swoją autobiografię, udziela na prawo i lewo wywiadów wszystkim mediom, korzysta z każdej okazji, by zareklamować swą osobę. Nawet promocję książki córki przeobraża w swoje show. Zaczynamy podejrzewać, że ten starszy mężczyzna, tak brzydzący się grzechem sam z rozkoszą pławi się w grzechu próżności, a więźniowie, to społeczność na tle której może tak mocno, i łatwo, zabłysnąć. Ale pewnego dnia przyjdzie mu zmierzyć się z iście godnym siebie przeciwnikiem Myrą Hindley, seryjną morderczynią dzieci, ktore porywała wespół ze swoim kochankiem. Ta inteligentna kobieta doskonale wyczuwa słabości lorda, jego pasje, zna go przecież z telewizji
, książek, wie dokładnie, który guzik nacisnąć, by facet zapomniał o jej potwornych zbrodniach, a na dodatek obdarzoną pewnym magnetyzmem całkowicie oczarowuje Pakenhama. Zaczyna tej kobiecie
bezgranicznie ufać, ma nadzieję, że oto nadarza się okazja by obwieścić światu swój kolejny sukces w udowadnianiu, że nawet potwory mają w sobie pokłady dobra, ktore objawiają się oczywiście pod wpływem żarliwych modlitw i czytania żywotów świętych. Lord Longford naraża się na wielką krytykę, nienawiść ze strony rodzin pokrzywdzonych dzieci, jednak nic go nie zraża, w pełni oddaje się swej misji. Jak to się dla niego skończy, czy Myra Hindley opuści wcześniej więzienie, czy może Frank przyzna się do błędu, a może chytrze przekuje go zgrabnie w swój sukces – warto zobaczyć ten film. Świetne aktorska trójka, wspomniany Broadbent, a także o nieprzeniknionej twarzy
Samantha Morton (niedawno Debra Curtis w „Control”) jako Myra oraz Lindsay Duncan – godnie znosząca jakże szlachetną, lecz może czasem bezkrytyczną, pasję swego męża, Lady Elizabeth Longford.
Acha, zapomniałam, przecież Andy Serkis, dorównuje w pełni wspomnianej trójce. Jego Ian Brady jest równie tajemniczy, diaboliczny, cyniczny jak jego kochanka, Myra.
Film jest skromny, bez fajerwerków, wymagający od widza pewnego skupienia, zamyślenia, w sam raz jako odskocznia od wakacyjnych szaleństw (można zobaczyć na HBO).

skomentuj (0)

"Blueberry" - reż. Jan Kounen 2009-07-12 11:00:04

Ciekawy mariaż poetyki XIXwiecznego westernu z poetyką komputerowych technik XXI wieku, ilustrującymi efekty medyczno-narkotycznych praktyk indiańskich szamanów. Ale to nie jedyne niezwykłe połączenie w tym filmie. Powstał on na kanwie francuskojęzycznego westernowego komiksu autorstwa Jeana Girauda (rysunek) i Jeana-Michaela Charliera (tekst), ukazującego się we Francji od 1965 roku. Nie znam komiksu, nie mogę więc ocenić wierności Kounena oryginałowi, ale może to i lepiej, oglądałam film bez zbędnych obciążeń, ciekawa jak też spisuje się Vincent Cassel w roli kolejnego zabijaki, tym razem prosto z Dzikiego Zachodu.
Tytułowy Blueberry nigdy nie zapomni swego pierwszego razu z Madelaine, piękną i czułą prostytutką, gotową obdarzyć młodziutkiego Mike’a gorącą miłością. Niestety, na drodze ich uczuciu staje niejaki Blount – jak zawsze świetny w roli zbirów, Michael Madsen. Dochodzi do bójki, wymiany strzałów i Blueberry, ranny w głowę, ląduje w indiańskiej rodzinie szamanów. Dzięki nowym przyjaciołom odzyskuje zdrowie oraz uczy się podróżować w odmęty swego umysłu, kiedy to przychodzi mu mierzyć się z jego demonami, jak i niewygodnymi, czasem strasznymi, wspomnieniami. Dalsze koleje losu rzucają go do miasteczka, o jakże dźwięcznej nazwie, Palomito. Dobrze mu tam się wiedzie, zostaje bowiem szeryfem jak i kochankiem słodkiej Marii Sullivan, córki miejscowego notabla. W tej roli, jakże inna, Juliette Lewis. Tym razem (kolejna niespodzianka) możemy podziwiać jej kształty nieco bardziej zaokrąglone. Ciekawe ile musiała do tej roli przytyć, no chyba, że wypchała się poduszkami, które mogła ukryć pod obfitymi fałdami długiej sukni. Choć twarz i dekolt miała wyraźnie bardziej pulchne. W każdym razie wyglądała bardzo kobieco, nie jak zazwyczaj dziewczęco.
Na nieszczęście dla tego spokojnego, w miarę,  kawałka ziemi, do Palomito przybywa Blount. Do Blueberry'ego wracają uśpione wspomnienia, otwierają się nowe rany, tęsknota za utraconą pierwszą miłosną fascynacją. Na domiar złego Blount jest głównodowodzącym wyprawy po legendarny skarb Indian, ukryty gdzieś w przepastnych niedostepnych górach.
Zasady klasycznego westernu, jak widać,  zostają zachowane, przynajmniej pod względem treści. Są kowboje, źli i dobrzy, a jakże, są miasteczkowe prostytutki  są Indianie i ich ukryty w tajemniczych Świętych Górach skarb, na który wszyscy jak jeden mąż, oprócz Mike’a Blueberry’ego, mają chrapkę, co, jak wiadomo, prowadzi do wzajemnego wyrzynania się całej płci męskiej.

Nowoczesne natomiast są środki realizacji tej sztampowej opowieści.  Przede wszystkim zdjęcia - Tetsuo Nagaty oraz montaż. To one są największym atutem filmu, choć co bardziej niecierpliwych i nastawionych na typowe westernowe klimaty (jakże zazwyczaj powolne, skupione na pięknie przyrody i charakterologii bohaterów), tempo filmowania może denerwować. Bardzo często i bardzo ruchliwa kamera, niespokojna, jak duch Blueberry’ego. Krótkie ujęcia, bardzo szybkie zbliżenia, a po nich równie gwałtowne oddalenia, nieoczekiwane, wielokrotne perspektywy filmowania jednej sceny, jednego obiektu, do tego montaż, mnóstwo przebitek, dajacych wrażenie psychicznego chaosu, niepokoju, robią świetne i niepowtarzalne wrażenie. Czegoś takiego dawno, jeśli w ogole, nie widziałam, a na pewno nie w przypadku westernu.

Natomiast nieco męczące są sekwencje tworzone grafiką komputerową. Obrazują przede wszystkim sceny mistycyzmu indiańskiego, uzdrawiania, narkotycznych wizji, dzięki którym Blueberry poznaje mroczną i głębszą prawdę o sobie. To znaczy, one są bardzo piękne, malownicze, czasem niepokojące, ale trwają zdecydowanie za długo, powtarzają się, w efekcie nużą i sprawiają wrażenie waty, którą wpycha się w scenariuszowe dziury. Bo sama fabuła jest dziecinnie prosta i co tu dużo mówić do bólu oklepana, wystarczyłaby jej samej pewnie na godzinny film z serii „Poszukiwanie skarbu”, a dzięki owemu mistycyzmowi i tym komputerowym efektom, do tytułu można  ewnetualnie dodać „... i samego siebie”.
Poza tym, bardzo dobrze jest dopasowana do obrazu ścieżka dźwiękowa - Jean Jacquez Hertz. Ostre, drapieżne, skrzypce, skrzypiące, tak! przyprawiające o drętwotę dziąseł - doskonale uzupełniają swym dźwiękiem ból duszy Blueberry'ego. Jednym słowem warto było popatrzeć, nasycić oko pieknymi surowymi górskimi plenerami, a przede wszystkim zobaczyć, jak nowatorsko można pokazać stary temat.
No i ta obsada aktorska, międzynarodowa wprost. No bo mamy; Vincenta Cassela - Francuza w roli głównej, Juliette Lewis, Michael Madsen, Ernest Borgnine - Amerykanie, Djimon Hounsou - Afrykanin, Tcheky Karyo - co prawda Francuz ale pochodz. Turcja, Eddie Izzard - pochodzenie Jemen, no i przeprzystojny, znany m.in. z "Tylko Instynkt", Temuera Morrison,  Nowozelandczyk, a może nawet Maorys, grajacy Indianina.
Jednym słowem, warto wejść w otwarty na eksperymenty filmowe umysł Jana Kounena, udaje się to nawet bez uciekania się do pomocy zaklęć i sztuczek indiańskich szamanów. :)

skomentuj (6)

"Doberman" - reż. Jan Kounen 2009-07-05 10:10:46

Yann Doberman  (Vincent Cassel ) jest przywódcą przestępczej grupy, napadającej na banki, poczty, konwoje przewożące gotówke. Towarzystwo to składa się z  przesympatycznych, na pozór menelów, żyjących, mimo sporych pieniędzy zdobywanych w akcjach, na złomowisku, w budach cygańskich, przyczepach itp. Są oni entuzjastami najnowocześniejszych wynalazków w dziedzinie broni. To w nią głównie, jako narzędzie ich pracy i źródło utrzymania, inwestują. Przypuszczam, że niejednego egzemplarza z ich kolekcji mogło by im pozazdrościć współczesne wojsko polskie.
W tej niezwykłej komórce społecznej, funkcjonującej prawie jak rodzina, jest też, jak na rodzinę przystało, kobieta. Piekna, głuchoniema Cyganka ( Monica Belucci) -  dziewczyna wodza Dobermana, jakże by inaczej. Doprawdy, urodziwa i fascynująca z nich para.

Pozostali panowie zdecydownie nie dorównuja urodą ani urokiem Dobermanowi, lecz każdy z nich ma w sobie to "coś", za co go lubimy. Jeden z nich - wielki facet, brzydki jak noc - obłędnie zakochany w swoim piesku, drugi Manu (Romain Duris) straszny niechluj, ale ciągle uśmiechnięty, lubiący pokazywac światu swoje oryginalne uzębienie, i trzeci - ten najmniej sympatyczny,  nerwus. przeżuwajacy na okrągło całą dobę gumę, nękany bezustannie telefonami od opuszczonej żony. A, i jest jeszcze piekna Sonia - czyli gej mający w cieplutkim domu u swoich rodziców żonę i małe dziecko. Pod względem urody mógłby śmiało konkurować z Bellucci.
Wszystkich tych niecnych grzeszników podtrzymuje na duchu ksiądz Ellie, dysponujący zawsze, ku pocieszeniu,  w razie jakichś moralnych wątpliwości,  stosownym cytatem z Biblii. Mniejsza o to, czy jest on zmyłą, czy zagubionym wśród swoich owieczek prawdziwym pasterzem, w każdym razie dobrze służy klimatowi filmu.

Przeciwnikiem owej bandy zbirów jest niemniejszy od nich zbir policjant - inspektor Cristini (Tchecky Karyo), który obrał sobie za punkt honoru całkowite jej zlikwidowanie.  Zgodnie z maksymą, że cel uświęca środki, nie wzbrania się przed  żadną metodą prowadzącą do unicestwienia Dobermana.
  A my, oczywiście, trzymamy kciuki, żeby mu się to nie udało. Ci biedacy "dobermanowcy" pracują jak mogą i umieją, nie zabijają  z zimną krwią, poza tym są lojalni względem siebie, kochają się, przyjaźnią, płaczą jak dzieci po utracie pieska, są bezradni jak niemowlęta w obliczu wielu życiowych sytuacji. To policja jest "be", bezwględna, okrutna, skorumpowana, nieludzka. Ściga Dobermana, by zaspokoić własne ambicje, wyżyć się, pokazać, "ze nikt mi tu nie będzie mi podskakiwał", nie liczą się dla niej żadne uczucia, a już szczególnie - uczucie litości, czy współczucia.
Film ogląda się bardzo dobrze, nikt się  nie przejmuje, że jest krew i zabijanie, cały czas jesteśmy podekscytowani,  a to namiętnością między nadzwyczaj przystojną parą Casselem a Bellucci, a to pojedynkiem miedzy inspektorem a Dobermanem, przejmujemy się losami Soni, którą Karyo wystawia na bardzo ciężką próbę lojalności i wytrzymałości na poniżanie.

Atuty filmu to dobry, szybki montaż, świetne zdjęcia i ujęcia, wspaniale dobrane typy bohaterów, aktorskie kreacje dopracowane w najmniejszych szczegółach, i co do każdej, nawet najmniejszej rólki, wartkie dialogi, muzyka. No i przede wszystkim przywódcy stada - tytułowy Doberman - piękny, w gruncie rzeczy gdzieś tam szlachetny i wspaniałomyślny oraz jego prowokacyjna, wyzywająca, kipiąca seksem, ale zła i odpychająca, trzymająca na dystans wszystkich samców, wierna swemu Dobermanowi - Bellucci (Nathalie). Czujemy, czujemy tę dziwną wierność ważnym wartościom w świecie, gdzie niby poszanowania wartości brak. Są w tym świecie zachowane pewne autorytety, podstawowe zasady współżycia (wierność, lojalność, szacunek dla swojej i innych godności) w przeciwieństwie do świata prawa - gdzie o te wartości kompletnie się nie dba, a wręcz bezlitośnie się niszczy.
Jeśli ktoś jeszcze nie widział - polecam. 

skomentuj (2)

4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni - reż. Ch. Mungiu 2009-06-20 21:20:00

czyli - jeden dzień z życia rumuńskich studentek.

To nie jest film dla rasowych przeciwników aborcji, szafujących tu i tam efektownymi plakatami z  fotografiami martwych embrionów począwszy od płotów w pipidówie a na wystawowych ekspozycjach w europarlamencie kończąc. I chociaż tym razem zajęto się także kobietą,  jako istotą w pełni ludzką, mającą nie tylko ciało, brzuch i macicę, ale także różnego rodzaju uczucia, włączywszy niechęć do bycia matką z przypadku, nie jest to także film dla zwolenników legalnego przerywania ciąży. Ale po kolei. Christian Mungiu opowiada o dwóch studentkach, mieszkających we wspólnym pokoju, w jednym z bukaresztańskich akademików w późnych latach 80-tych XX wieku. Otilla i Gabita - zastajemy je podczas  rozmowy. Dowiadujemy się z niej, że Gabita wybiera się na zabieg usunięcia ciąży, a na Otilli spoczywa cały ciężar jego organizacji. Gabita to dziewczyna nieco zahukana,  nieporadna, wystraszona, nieśmiała – domyślamy się, że jej ciąża to bardziej wynik jakiegoś nieporozumienia, niż kwestia miłości, czy świadomej decyzji.  Otilla – jest natomiast osobą bardziej zdecydowaną, śmiałą, doskonale wie jak obracać się w świecie, gdzie wszystko, począwszy od paczki papierosów aż po aborcję,  trzeba załatwiać na lewo. Tak, Otilla sprawia wrażenie dzielnej i pewnej siebie,  ale nie jest na pewno cwaniarą bez skrupułów. Ot, dwie przeciętne dziewczyny, jakich wszędzie pełno.

Czy są przyjaciółkami? Trudno powiedzieć. Chyba bardziej tu  można mówić o kobiecej solidarności niż przyjaźni. Otilla pomaga Gabicie, bo wie, że i ona może w każdej chwili znaleźć się w podobnych tarapatach. Tym bardziej, że ma stałego chłopaka, z wielkim apetytem na seks, a jedyny środek antkoncepcyjny jaki stosują, i to raczej bardzo rzadko, to szklanka wody zamiast,

Dziewczyny są ubogie, nie stać je na zabieg u kobiety – lekarki w miarę w godziwych warunkach,  decydują się więc na usługę u jakiegoś ciemnego typa, w wynajętym pokoju hotelowym. Spotyka je w związku z tym mnóstwo upokorzeń, strachu, ale nic nie jest w stanie powstrzymać ich determinacji by rzecz doprowadzić do końca, bez względu na ryzyko komplikacji, z którego każda z osób tego dramatu zdaje sobie  doskonale sprawę.

  Porażająca jest w tym filmie, oprócz samej aborcji w iście chałupniczym stylu,  samotność kobiet,  kompletna oddzielność ich świata od świata męskiego. I co gorsza, one tę obcość traktują jako rzecz zupełnie naturalną. Nie próbują nawet tego zmienić, nawiązać choćby nić porozumienia ze swymi mężczyznami, tak jakby z góry zakładały, że z ich strony mogą liczyć tylko na wykorzystanie, zapłodnienie, a później  niezrozumienie, porzucenie  czy potępienie. Może ciągle mają w głowie ludzkie: „sama chciała”, „po co się pchała” itd.  A może zupełnie niesłusznie przybierają taką postawę? Mam wrażenie, jakby reżyser przemycił gdzieś żal do kobiet, może zarzut, że niepotrzebnie aż tak bardzo odgradzają się od mężczyzn, że powinny jednak bardziej zaangażować ich w swe kobiece problemy, oczekiwać od nich pomocy.  Tylko, czy jest to możliwe, w tamtym kraju, w tamtych czasach?  Na takie ewentualne pytanie nie otrzymujemy w tym filmie odpowiedzi.Mężczyźni w życiu tych kobiet są tu na dobrą sprawę nieobecni, są raczej źródłem ich kobiecych problemów niż pociechą.

  Mungiu wskazuje (i w tym leży siła jego filmu), że nie ma niewinnych w tej sytuacji. Winny jest Bebe - konował wykorzystujący przerażenie kobiet zaskoczonych  nieoczekiwaną zmianą sytuacji życiowej, żerujący niczym hiena na martwych płodach. Winne są także kobiety, podejmujące w życiu zbyt pochopne decyzje, winni są mężczyźni, zbyt mało interesujący się przeżyciami tych, z którymi współżyją, winne jest także wielkie osamotnienie, na jakie skazuje ludzi system, stosujacy politykę bezdusznych nakazów i zakazów, która jeszcze nigdzie i nigdy się nie sprawdziła.  Czy jest ktoś niewinny? Tak,  jest nim tylko i wyłącznie nienarodzone dziecko, usunięty płód.

  "4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni"  wstrząsa,  i co ciekawe, nie jak by się wydawało w tej spektakularnej tragicznej warstwie zabiegu aborcji, ale w banale codziennego życia w jaki jest on wkomponowany. Wydawałoby się, taka decyzja, przerwanie ciąży, cały świat powinien zamrzeć w tym momencie - oto zaraz z woli swej matki umrze dziecko! A tu nic, dzień jak co dzień. Ranek zaczyna się od zakupów u studenta w akademiku – papierosy, dezodorant itd.; później depilacja nóg, żeby się ładnie na łóżku zabiegowym prezentować; acha,  trzeba pamiętać o spakowaniu ceraty na podkładkę; później telefon w celu potwierdzenia rejestracji w hotelu; kolacja urodzinowa matki chłopaka, wysłuchiwanie andronów dorosłych przy stole urodzinowym. Prawie tak jakbyśmy oglądali dokument „jeden dzień z życia rumuńskich studentek”. Na czym więc polega mistrzostwo Mungiu? Od samego początku czekamy w napięciu na jakąś tragedię, na jakieś spektakularne nieszczęście, które potencjalne amatorki aborcji, oglądające ten film, zapamiętają do końca życia. Nic (?) takiego się nie dzieje, nic oprócz pomyślnie zakończonego zabiegu. Wszyscy żyją, oprócz dziecka. 

   Przeraża - jak człowiek żyjący w ciągłym upodleniu i upokorzeniu (i nie miejmy tu na myśli tylko czasów komuny)  gubi poczucie człowieczeństwa,  traci godność i szacunek dla życia, nie tylko swojego, ale nawet ( tym bardziej) jeśli ma ono 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni.

 

skomentuj (4)

Księga Gości
Odwiedzam:
* kino arkadija
* Tahoma w kinie
* zytzytzyt
* Piotruś Pan
* Mnich w kinie
* Ewelina Nakielska
* razdwa kapeluszzglowy
* Bez popcornu
* Czarny Kot w kinie
* karakter/ny o filmach
* kram(er) z filmem i muzyką

Wrażenia z tych filmów zapisałam:
* Miasto ślepców
* Wojna polsko-ruska - Xawery Żuławski
* Veronica Guerin - reż. Joel Schumacher
* Jagodowa miłość
* Vicky, Cristina, Barcelona
* Revolutionary Road
* Into the Wild
* Z odzysku - reż. S. Fabicki
* Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz - reż. S. Lumet
* Bracia Karamazow - reż. Petr Zelenka
* Chaos - reż. Xawery Żuławski
* Przybyli ułani" czyli święto polskie
* Niebo nad Paryżem
* Moje życie beze mnie
* Elegia
* Inaczej niż w raju
* Tajne przez poufne
* Oskarżony / Anklaget
* W stronę morza
* W Dolinie Elah
* Podstępny Ripley
* Sen Kasandry
* Droga do przebaczenia
* Czas pijanych koni
* Kolory raju
* Deszcz/Baran
* Rozpustnik
* Wino truskawkowe
* Wojna Charliego Wilsona
* Dom wariatów - A. Konczałowski
* Głosy niewinności
* Hostel
* Wróżby kumaka
* Japon
* Przemiany - Ł. Barczyka
* Małe dzieci
* M. Winterbottom - Na tym świecie
*Lili Khaled: Hijacker
*Zodiac
*Propozycja
*Stan posiadania
*Pachnidło
* 11:14
* Brat czyli Takeshi Kitano w Ameryce
* "Kiedy Otar odszedł" - film na Dzień Matki
* Krwawy diament
* 300
* Labirynt Fauna
* Ostatni król Szkocji
* "Apocalypto" - faktycznie
* Jasminum
* "Euforia" bez euforii
* "Jazda" po czesku
* Grbavica
* 9 kompania - nie, to jeszcze nie koniec wojny w Afganistanie
* Wszystko może się przytrafić

Piszę także tutaj:
* babasia nr 2 czyli inspirowane filmem ale nie tylko