Od jakiegoś czasu ciągle się z „Meduzami” stykałam. A to zakolegowany blogowicz napisał o nich notkę, której za bardzo nie tykałam, nie żebym się bała poparzenia, nie, nie, wiedziałam, że chcę ten film kiedyś zobaczyć, a więc starym zwyczajem, wolałam o nim za dużo nie czytać, i nie wiedzieć, nie sugerować się opinią innych. Później, gdzieś, na jakimś forum mignąl mi wątek założony przez miłośnika filmu... A to jakaś relacja z festiwalu „ENH” zawierała informację, że ten tytuł pojawił się na imprezie pana Gutka i warto zobaczyć, w końcu film izraelski w repertuarze światowej kinematografii nie pojawia się za często, a poza tym, to debiut reżyserski i scenariuszowy pisarskiego małżeństwa Etgara Kereta i Shiry Geffen (to drugie nazwisko, wielkie, jak najbardziej kojarzy się z filmem). I tak, miałam ten tytuł zakodowany w pamięci na amen. Polowałam na niego w kinach, ale cóż ja mogę, mieszkając ponad 60 km od wielkiego miasta – tego typu produkcje wyświetlane są tylko w malutkich studyjnych kinach, na dodatek późno wieczorem. W końcu pojawiła się nadzieja, w moim niedużym mieście, urządzono tygodniowy festiwal kultury żydowskiej. Łał! Jedną z atrakcji miał być seans w kinie (darmowy), właśnie "Meduz" i „Przyjechała orkiestra” (też chcę). Niestety, akurat w tym dniu wypadł mi pogrzeb cioci z Warszawy (to nie żart). W końcu, w końcu, w jednej z osiedlowych bibliotek Poznania trafiłam na wytęsknione "Meduzy" (tak, teraz biblioteki wypożyczają za friko, i na cały tydzień, filmy na dvd – super!). Łapnęłam je bez wahania, a niechby mnie i nawet popieściły swoimi parzydełkami, miałam to gdzieś, tym bardziej, że w tym roku, będąc 10 dni nad morzem miałam z nimi codziennie do czynienia, więc się oswoiłam, no i zobaczyłam. I co? No, przyznam, że to dość interesujący film, tym bardziej, że tematycznie z gatunku, jakie lubię najbardziej - o samotności ludzi wśród ludzi.
Fabuła filmu rozbita jest na kilka równorzędnie prowadzonych wątków, których bohaterowie w finale nie spotykają się wszyscy ze sobą, wręcz przeciwnie, rozchodzą się, idąc każdy w swoją stronę. Widzimy, a raczej czujemy, że dane im będzie dalej dryfować samotnie po oceanie życia, niczym tytułowym meduzom, które jak wiemy, wyrzucone na brzeg, poddane działaniu słońca, giną. Czyżby pesymizm autorów filmu był aż tak wielki?! Czy chcą nas przekonać, iż naturalnym środowiskiem ludzi, tak jak meduz, jest ocean (samotności)? Jak najbardziej się z tym zgadzam, co zresztą nie doprowadza mnie wcale do rozpaczy... Życie.
Sporo w tym filmie kobiet. Właściwie, to o nich jest ten film. Mężczyźni są, a raczej pojawiają się, i tylko po to, by upewnić wszystkich (i widzów, i bohaterki na ekranie), że nie mogą dać im szczęścia. Każdy z nich, czy to będzie świeżo upieczony małżonek, czy syn starej kobiety, czy eks- mąż kobiety publicznej, czy ojciec, czy policjant – pozostawiają po sobie pustkę.
BATIA, młoda dziewczyna, kelnerka, ma rodziców, co prawda rozwiedzionych, ale
jednak. Matka – udziela się w reklamie fundacji typu „Dach nad głową dla
każdego” . Córka codziennie ogląda ją w telewizji, siedząc samotnie w swoim
mizernym, wynajmowanym za ciężkie pieniądze, mieszkaniu, z wiecznie
przeciekającym dachem nad głową (sic!). Ojciec – znalazł sobie bulimiczkę w
wieku córki, którą musi się nieustannie opiekować, nie ma więc czasu dla swego
dziecka, szukającego u niego odrobiny serca, wspomnień i starych ciuchów dla
pięknej rudowłosej dziewczynki, którą Batia znalazła nad brzegiem morza,
wyrzuconą przez fale.
KEREN – to świeżo upieczona panna młoda, ktora w wyniku złamania
nogi na własnym weselu, miesiąc miodowy, miast na Karaibach, spędza w hotelu na
obrzeżach Tel Awiwu. Niestety, miłość młodych małżonków zostaje wystawiona na
ciężką próbę – mąż spotyka pewnego dnia, wracając z zakupami dla
unieruchomionej żony, tajemniczą pisarkę, z którą nawiązuje dziwną, intrygującą
intelektualno –duchową więź, czyżby jego ślub okazał się pomyłką? A pisarka
zatrzymała się w hotelu z pewnym skonkretyzowanym zamiarem, czy uda się jej go spełnić?
Jest też w tym filmie Joy, gojka, Filipinka ktora przybyła do Izraela w celach
zarobkowych, bardzo tęskniąca za synkiem, pozostawionym w kraju. Joy jest
opiekunką, najchętniej do niemowląt, ale tak się jakoś składa, że trafiają się
jej same staruszki. Joy, świetnie sobie z nimi radzi, choć nie należą one do
osób najłatwiejszych w pożyciu. Staruszki mają dzieci, ale niestety, są one
wiecznie zajęte – córka jednej z nich jest bardzo znaną aktorką. I matka, i
córka, choć bardzo się starają, nie potrafią jednak nawiązać żadnego porozumienia czy choćby zrozumienia.
Domyślamy się, że tak jest już od lat. Ale, o dziwo, Joy, Filipinka, kobieta
przecież na wskroś obca starszej i zmierzłej pani, potrafi dotrzeć do tej kobiety A dzieli ją z
nią praktycznie wszystko – pochodzenie, odmienna kultura, język, wiek, status
społeczny itp. Praca, praca, wieczne zabieganie, coraz to nowe wyzwania, a
przede wszystkim ta nieodgadniona obcość i brak porozumienia między bliskimi,
sprawia, że ludzie związani węzłami rodzinnymi są sobie zupełnie obcy,
sprawiają jeden drugiemu ból, także tym, że pragnienie zaspokojenia bliskości,
jakie przeceiż nawzajem odczuwają, jest kompletnie niemożliwe. Paradoksalnie,
łatwiej jest nawiązać nić porozumienia z osobą z zewnątrz, neutralną, niż z kimś
z kim wiążą nas więzy krwi. A może to
normalna prawidłowość, w końcu nie bez przyczyny ukuto powiedzenie „z rodziną
najlepiej wychodzi się na zdjęciu” lub "Przyjaciól się wybiera, rodzinę
się ma”. Może, po prostu, dla swoich jesteśmy za bardzo wymagający, a dla
obcych bardziej tolerancyjni? Może w tym tkwi sekret?
Jeśli chcemy
żyć, i cieszyć się życiem, nie ma rady, musimy pogodzić się z faktem, iż
naszym środowiskiem naturalnym jest nasza samotność. Na szczęście, paradoksalnie, nie
jesteśmy w tej samotności osamotnieni, zawsze przecież możemy spotkać drugiego
samotnika i płynąć obok niego przez ocean samotności.
Film na pewno wart zobaczenia – temat stary jak świat, ale jakże przyzwoicie,
nie nachalnie, przedstawiony. Co prawda, morze, ocean – symbol życia, na falach
którego dryfują ludzie - samotne meduzy – ileż razy to już było, nawet sam
Mickiewicz nie oparł się podobnemu skojarzeniu. Ale mimo wszystko, jest w tym
filmie jakaś świeżość, niczym dotyk przysłowiowej oceanicznej bryzy w upalny dzień
- są niezłe fabularne pomysły – ot choćby postać tej małej rudowłosej
dziewczynki, przybyłej jakby wprost z kraju Wikingów, z dwoma błękitnymi
oceanami pod łukami brwiowymi i "milionami" piegów niczym piasek na
ich brzegach. Są piękne zdjęcia, a na nich ładne lecz jakże samotne, kobiety i
są mężczyźni, choć jakże ich mało, którzy nie potrafią dać im szczęścia. I jest
piękne błękitne morze, które co rusz wyrzuca na swój brzeg zagubione meduzy, by
dokończyły swego żywota w pełnym, lecz jakże zwodniczym słońcu.
Bruno
to facet, który postanowił zdobyć sławę. Niestety, mieszka w Austrii, kraju, okrytym
w ostatnim wieku wielką niesławą. Kolebka faszyzmu – Hitler, Haider, hipokryzja,
agorafobia – piwnice, zarówno mentalne jak i fizyczne jako sposób na relacje
międzyludzkie etc. Bruno postanawia więc
wyjechać do Ameryki, a ściślej do LA. Jako bystry, młody mężczyzna, jest
on bowiem świetnie zorientowany, także seksualnie, i wie,
że w obecnych czasach istnieją dwa niezawodne sposoby dojścia do
slawy a/ zadeklarować światu swoją homoseksualność (można sobie ten fakt również wymyśleć) i
b/ zaistnieć w mediach. Akurat z tym pierwszym nie ma problemu, Bruno raczej jest
gejem, a co do drugiego punktu – no cóż, można przecież uczyć się od największych,
czyli od tych najbardziej sławnych – którzy, a to grają koncerty na rzecz walki z AIDS, lub bronią własną piersią puszczy
amazońskiej, albo karmią, prawie
piersią, a na pewno dobrze wypchanym portfelem biedne azjatyckie lub afrykańskie
dzieci, a to sprzedają własne dzieci co lepszym stacjom telewizyjnym na żer
różnych dziwnych programów itd. itp. Niestety, dla Bruno, co smaczniejsze
kąski, owego medialnego tortu, zostały już obdzielone, większość globu ziemskiego została już rozdysponowana dla największych i mało części świata będącego w biedzie zostało już do zagospodarowania. Bruno rzuca się więc rozpaczliwie na Bliski Wschód (czyli wzwód, jak to "śmiesznie" nazwał) – zaczyna pośredniczyć w
negocjacjach między Izraelem , Palestyną Iranem i sam już wlaściwie w końcu nie wie między kim a kim, bo o polityce,
prawdę mówiąc, nie ma zielonego pojęcia. A nie ma, ponieważ jego ulubionym
zajęciem jest odawanie się uciechom
cielesnym ze swymi męskimi kochankami, zarówno z tego świata, jak i
z zaświatów ( jedna z najgorszych momentów). I tu dochodzimy do mniej smacznej i strawnej częsci filmu.
Zgadzam
się z tymi, ktorzy zauważają obrzydliwość, a może raczej dosłowność, a częściej
przejaskrawienie pewnych scen, chodzi o te wyśmiewające seks gejowski ( ale nie
tylko), ale jednoczesnie doceniają , zauważają humor i satyrę na pewne przejawy
życia społecznego. I te mi sie najbardziej podobały i jednocześnie śmieszyły. Choć nie wszystkie były zabawne, niektóre z nich były
naprawdę drastyczne. Ot, choćby kompletne uprzedmiotowienie Meksykanów i wykorzystywanie ich do
najbardziej podłych świadczeń – w filmie służą jako meble, fotele, stoliki itp. Ale nie, nie, to nie chora wyobraźnia reżysera podytkowała mu taki pomysł – kiedyś ze zgrozą przeczytałam o tym, jak
mężczyźni w pewnych, wiadomych, przybytkach, traktują klęczące, i oczywiście rozebrane,
dziewczyny, "używając" je jako stoliczki na popielniczki.
Przerażali też głupi rodzice, którzy dla pieniędzy, albo sławy dziecka, po to,
by zaspokoić swe niespełnione marzenia, są w stanie poświęcić jego zdrowie, a nawet zaryzykować życie – jestem przekonana, że castingowe rozmowy z nimi na temat zatrudnienia dzieci w filmie, nie były sfingowane.
W ogole, jestem pewna, że Cohen, w kwestii satyry na współczesne zidiociałe społeczeństwa, czerpał wprost z życia i jego obserwacji, niczego tu nie musiał specjalnie wymyślać, niczego może oprócz scen seksu – tu mogła go ponieśc fantazja, jak to zresztą w przypadku seksu się zdarza.
Podsumwując, czy film uważam za udany? Pod względem ironii, krytyki, ostrej satyry nie tylko na amerykańskie społeczeństwo, jak najbardziej, uważam za udany i bardzom trafny, choć środki ku temu są naprawdę ostre, a przy tym nieskomplikowane. I tu przechodzę do humoru – no cóż, nie rozumiem tych co narzekają, przecież wiedzieli na co się zdecydowali. Chcieli zobaczyć Sachę Barona Cohen to widzieli. Jest on określonego rodzaju satyrykiem i prześmiewcą, zawsze konsekwentnie dążącym do jasnego celu, łączy przyjemne z pożytecznym. Przyjemne - to jego praca, nasz śmiech (bo jednak on się pojawia) i spora kupka pieniedzy na jego koncie. A pożyteczne, to to wszystko nad czym się przez chwilę i przez śmiech, zadumaliśmy podczas seansu. Prawdopodobnie, gdyby nie zdecydował się na humor tego rodzaju, pies z kulawą nogą by go oglądał. Nie podoba mi się jego prostactwo, np. sceny w salonie kosmetycznym były przeobrzydliwe. Ale, czy powszechna wariacja na punkcie dbałości o wygląd, wycinania sobie wszystkiego, by osiągnąc idealną gładkość skóry, idealne proporcje nie siąga granic absurdu? Tak jak humor Cohena. Spójrzmy na to z tej strony – pomysłowość i głupota jego dowcipów absolutnie dorównuje "pomysłowości" i głupocie ludzkiej. Weźmy akcesoria do umilania harców w gejowksim łóżku, były przesadzone, owszem, ale czy aż tak bardzo? Czy asortyment seksszopów, jest wiele uboższy? Jeśli można, jak czytałam, kupić w takim sklepie m.in. sztuczną rękę do "fistingu" (właśnie całkiem niedawno wzbogaciłam swój słownik o nowy piękny termin z zakresu cielesnej ars amandi), czyli do wkładania jej sobie, albo komuś do ... tak, tak, do d..... ewentualnie gdzie indziej , noooo.... to chyba życie prawie prześcignęło samego Bruna/Cohena. :) :(
skomentuj (0)
Szkoda, że taki człowiek,
jak Zanussi nobilituje swoim nazwiskiem, wspaniałym dorobkiem, charyzmą w końcu,
przedstawicielkę kultury
najniższej, ktora, nota bene, tak naprawdę wiele z kulturą wspólnego nie ma. Takie czasy!
Ech! A
jeszcze kilka miesięcy temu, słuchałam z uwielbieniem na twarzy i w serduszku, jak reżyser apelował do nas zgromadzonych na pewnej sali, by się nie dać schamieć.
Myślę, jestem pewna, że miał wtedy na myśli także omijanie szerokim łukiem prostackich
jarmarków, gdzie dla taniej, lecz przynoszącej miliony, sławy, kupczy się wszystkim, na czele z
intymnością małżeńskiej alkowy, sekretnymi zakątkami kobiecego ciała, pseudodziecięcą obliczoną na poklask
naiwnością, a zaraz obok rynsztokową wulgarnością
itp.
Zatrważające, jak wszyscy w obecnych czasach dają sobie na luz, schlebiając gustom najbardziej marnym. Nawet najwięksi, ci z resztkami autorytetu, którzy powinni
jednak trzymać odpowiedni bieg, by na
wyluzowanym pędzie do przodu nie stracić godnego mistrza wyrazu twarzy. Nawet dla eksperymentu szkoda ryzykować jazdę
bez trzymanki - można się normalnie wywalić, a już szczególnie w starszym
wieku. Tym bardziej szkoda, kiedy ma się tak wiele do stracenia – cały dorobek
życia może iść w zapomnienie, tylko dlatego, że mistrz postanowił DODAć sobie wątpliwego
współczesnego splendoru, dopinając do
autentycznego (jak sam zapewniał w wywiadzie na planie filmowym) serca na dłoni nadmuchaną lalę z plastiku.
Cały film jest sztuczny, nieprawdziwy, bardzo niedbale nakręcony, zauważa się kilka niedoróbek realizacyjnych, ma się wrażenie, mimo wyraźnych dłużyzn, jakby wszystkim na planie bardzo się spieszyło, jakby chcieli czym prędzej kończyć, by wstydu sobie oszczędzić. Zero lekkości, banalne, wygłaszane, a nie mówione, dialogi, wszyscy sztywni, widać, że grają. Było mi wstyd, że mój wielki autorytet w ten sposób zaczyna kończyć swą jakże wspaniale rozpoczętą ("Życie rodzinne", "Barwy ochronne" i wiele innych) filmografię. A najgorsze jeszcze, że nie chce się przyznać do faktu, iż tym razem nie wypaliło. Tłumaczy się na prawo i lewo, broni jak lew, opowiada o niezrozumieniu przez widza polskiego, a o sukcesach zagranicznych. Być może… jakiś małolat, wielbiciel Dody, ktoś kto nie zna starego dorobku Zanussiego uwierzy w to proste dziełko, które przecież naprawdę nietrudno zrozumieć - mamy tu wyłożoną kawę na ławę - nad czym tak ubolewa reżyser. „Serce na dłoni” po prostu trudno zaakceptować. Wajda też raz zaeksperymentował z "Panną Nikt", i szybko dał sobie spokój, wrócił pokornie do tematów narodowych, i chwała Bogu. To samo radzę Panu Krzysztofowi, niech zostawi "swołocz", nie licząc na jej nawrócenie i wraca do swych inteligentów i ich moralnych dylematów, bo w tym temacie jest najlepszy i niezastąpiony (tylko inne pytanie, gdzie ich szukać?! Tych prawdziwych, oczywiście.). Zniżanie się do poziomu mas również wymaga klasy i świadomosci pewnych granic, których nie wolno przekraczać. Jedyny jasny punkt tego filmu, to króciutki występ Niny Andrycz, jako matki biznesmena – ta kobieta zawsze trzyma poziom i fason damy, i wszędzie czuje się świetnie.
Polecam tylko ciekawskim oraz prawdziwie kochającym Zanussiego i od razu proszę - wybaczcie mu, tak jak i ja to uczyniłam. :)
skomentuj (4)
Jeśli ktoś lubi Jima Broadbenta, z przyjemnością odkrywa jego nowe
wcielenia (ja ciągle jestem pod wrażeniem kreacji kochanka i przyjaciela "Iris"), polecam kolejne, tym razem jako Lorda Longforda – Franka
Pakenhama. Postać autentyczna, bardzo kontrowersyjna ze względu na swą
swoistą działalność dobroczynną. Pakenham, katolik głebokiej wiary,
który, jak sam mówi: „brzydzi się grzechem, lecz kocha grzeszników”, z
wielkim zapałem oddaje się pracy z więźniami. Spotyka się z nimi, jest
wręcz do dyspozycji na każde wezwanie, a zainteresowanie jakie wykazuje
skazanym na wykluczenie ze społeczności, którą skrzywdzili, długie
rozmowy na temat Boga i jego skłonności by wybaczyć każdemu każdy
grzech, powoduje, że wielu więźniów odzyskuje cudownie wiarę, co bardzo
często skutkuje skroceniem wyroków, nawet tych dożywotnich.
Niestety,
mamy podejrzenie, że działalność lorda nie jest do końca
bezinteresowna, kierowana tylko i wyłacznie szlachentymi pobudkami.
Nasz bohater
Acha,
zapomniałam, przecież Andy Serkis, dorównuje w pełni wspomnianej
trójce. Jego Ian Brady jest równie tajemniczy, diaboliczny, cyniczny jak jego kochanka, Myra.
Film jest skromny,
bez fajerwerków, wymagający od widza pewnego skupienia, zamyślenia, w
sam raz jako odskocznia od wakacyjnych szaleństw (można zobaczyć na HBO).
Ciekawy mariaż poetyki XIXwiecznego westernu z poetyką
komputerowych technik XXI wieku, ilustrującymi efekty medyczno-narkotycznych
praktyk indiańskich szamanów. Ale to nie jedyne niezwykłe połączenie w tym
filmie. Powstał on na kanwie francuskojęzycznego westernowego komiksu autorstwa
Jeana Girauda (rysunek) i Jeana-Michaela Charliera (tekst), ukazującego się we
Francji od 1965 roku. Nie znam komiksu, nie mogę więc ocenić wierności Kounena
oryginałowi, ale może to i lepiej, oglądałam film bez zbędnych obciążeń,
ciekawa jak też spisuje się Vincent Cassel w roli kolejnego zabijaki, tym razem
prosto z Dzikiego Zachodu.
Tytułowy Blueberry nigdy nie zapomni swego pierwszego razu
z Madelaine, piękną i czułą prostytutką, gotową obdarzyć młodziutkiego Mike’a
gorącą miłością. Niestety, na drodze ich uczuciu staje niejaki Blount – jak zawsze
świetny w roli zbirów, Michael Madsen. Dochodzi do bójki, wymiany strzałów i
Blueberry, ranny w głowę, ląduje w indiańskiej rodzinie szamanów. Dzięki nowym
przyjaciołom odzyskuje zdrowie oraz uczy się podróżować w odmęty swego
umysłu, kiedy to przychodzi mu mierzyć się z jego demonami, jak i
niewygodnymi, czasem strasznymi, wspomnieniami. Dalsze koleje losu rzucają go do
miasteczka, o jakże dźwięcznej nazwie, Palomito. Dobrze mu tam się wiedzie, zostaje bowiem szeryfem jak i
kochankiem słodkiej Marii Sullivan, córki miejscowego notabla. W tej roli,
jakże inna, Juliette Lewis. Tym razem (kolejna niespodzianka) możemy podziwiać jej kształty nieco
bardziej zaokrąglone. Ciekawe ile musiała do tej roli przytyć, no chyba, że
wypchała się poduszkami, które mogła ukryć pod obfitymi fałdami długiej sukni. Choć
twarz i dekolt miała wyraźnie bardziej pulchne. W każdym razie wyglądała bardzo
kobieco, nie jak zazwyczaj dziewczęco.Na nieszczęście dla tego spokojnego, w miarę, kawałka ziemi, do Palomito przybywa Blount. Do Blueberry'ego wracają uśpione wspomnienia, otwierają się nowe rany, tęsknota za utraconą pierwszą miłosną fascynacją. Na domiar złego Blount jest głównodowodzącym wyprawy po legendarny skarb Indian, ukryty gdzieś w przepastnych niedostepnych górach.
Zasady klasycznego westernu, jak widać, zostają zachowane, przynajmniej pod względem treści. Są kowboje, źli i dobrzy, a jakże, są miasteczkowe prostytutki są Indianie i
ich ukryty w tajemniczych Świętych Górach skarb, na który wszyscy jak jeden
mąż, oprócz Mike’a Blueberry’ego, mają chrapkę, co, jak wiadomo, prowadzi do
wzajemnego wyrzynania się całej płci męskiej.
Nowoczesne natomiast są środki realizacji tej sztampowej opowieści. Przede
wszystkim zdjęcia - Tetsuo Nagaty oraz montaż. To one są największym atutem
filmu, choć co bardziej niecierpliwych i nastawionych na typowe westernowe
klimaty (jakże zazwyczaj powolne, skupione na pięknie przyrody i charakterologii
bohaterów), tempo filmowania może denerwować. Bardzo często i bardzo
ruchliwa kamera, niespokojna, jak duch Blueberry’ego. Krótkie ujęcia, bardzo szybkie
zbliżenia, a po nich równie gwałtowne oddalenia, nieoczekiwane, wielokrotne perspektywy
filmowania jednej sceny, jednego obiektu, do tego montaż, mnóstwo przebitek,
dajacych wrażenie psychicznego chaosu, niepokoju, robią świetne i
niepowtarzalne wrażenie. Czegoś takiego dawno, jeśli w ogole, nie widziałam, a
na pewno nie w przypadku westernu.
Natomiast nieco męczące są sekwencje tworzone grafiką
komputerową. Obrazują przede wszystkim sceny mistycyzmu indiańskiego,
uzdrawiania, narkotycznych wizji, dzięki którym Blueberry poznaje mroczną i
głębszą prawdę o sobie. To znaczy, one są bardzo piękne, malownicze, czasem
niepokojące, ale trwają zdecydowanie za długo, powtarzają się, w efekcie nużą i
sprawiają wrażenie waty, którą wpycha się w scenariuszowe dziury. Bo sama fabuła
jest dziecinnie prosta i co tu dużo mówić do bólu oklepana, wystarczyłaby jej samej
pewnie na godzinny film z serii „Poszukiwanie skarbu”, a dzięki owemu
mistycyzmowi i tym komputerowym efektom, do tytułu można ewnetualnie dodać „... i samego siebie”.
Poza tym, bardzo dobrze jest dopasowana do obrazu ścieżka
dźwiękowa - Jean Jacquez Hertz. Ostre, drapieżne, skrzypce, skrzypiące, tak!
przyprawiające o drętwotę dziąseł - doskonale uzupełniają swym dźwiękiem ból
duszy Blueberry'ego. Jednym słowem warto było popatrzeć, nasycić oko pieknymi
surowymi górskimi plenerami, a przede wszystkim zobaczyć, jak nowatorsko można
pokazać stary temat.
No i ta obsada aktorska, międzynarodowa wprost. No bo
mamy; Vincenta Cassela - Francuza w roli głównej, Juliette Lewis, Michael
Madsen, Ernest Borgnine - Amerykanie, Djimon Hounsou - Afrykanin, Tcheky Karyo
- co prawda Francuz ale pochodz. Turcja, Eddie Izzard - pochodzenie Jemen, no i przeprzystojny, znany m.in. z
"Tylko Instynkt", Temuera Morrison, Nowozelandczyk, a może nawet Maorys, grajacy Indianina.
Jednym słowem, warto wejść w otwarty na eksperymenty filmowe umysł Jana Kounena, udaje się to nawet bez uciekania się do pomocy zaklęć i sztuczek indiańskich szamanów. :)
czyli - jeden dzień z życia rumuńskich studentek.
To nie jest film dla rasowych przeciwników aborcji, szafujących tu i tam efektownymi plakatami z fotografiami martwych embrionów począwszy od płotów w pipidówie a na wystawowych ekspozycjach w europarlamencie kończąc. I chociaż tym razem zajęto się także kobietą, jako istotą w pełni ludzką, mającą nie tylko ciało, brzuch i macicę, ale także różnego rodzaju uczucia, włączywszy niechęć do bycia matką z przypadku, nie jest to także film dla zwolenników legalnego przerywania ciąży. Ale po kolei. Christian Mungiu opowiada o dwóch studentkach, mieszkających we wspólnym pokoju, w jednym z bukaresztańskich akademików w późnych latach 80-tych XX wieku. Otilla i Gabita - zastajemy je podczas rozmowy. Dowiadujemy się z niej, że Gabita wybiera się na zabieg usunięcia ciąży, a na Otilli spoczywa cały ciężar jego organizacji. Gabita to dziewczyna nieco zahukana, nieporadna, wystraszona, nieśmiała – domyślamy się, że jej ciąża to bardziej wynik jakiegoś nieporozumienia, niż kwestia miłości, czy świadomej decyzji. Otilla – jest natomiast osobą bardziej zdecydowaną, śmiałą, doskonale wie jak obracać się w świecie, gdzie wszystko, począwszy od paczki papierosów aż po aborcję, trzeba załatwiać na lewo. Tak, Otilla sprawia wrażenie dzielnej i pewnej siebie, ale nie jest na pewno cwaniarą bez skrupułów. Ot, dwie przeciętne dziewczyny, jakich wszędzie pełno.
Czy są przyjaciółkami? Trudno powiedzieć. Chyba bardziej tu można mówić o kobiecej solidarności niż przyjaźni. Otilla pomaga Gabicie, bo wie, że i ona może w każdej chwili znaleźć się w podobnych tarapatach. Tym bardziej, że ma stałego chłopaka, z wielkim apetytem na seks, a jedyny środek antkoncepcyjny jaki stosują, i to raczej bardzo rzadko, to szklanka wody zamiast,
Dziewczyny są ubogie, nie stać je na zabieg u kobiety – lekarki w miarę w godziwych warunkach, decydują się więc na usługę u jakiegoś ciemnego typa, w wynajętym pokoju hotelowym. Spotyka je w związku z tym mnóstwo upokorzeń, strachu, ale nic nie jest w stanie powstrzymać ich determinacji by rzecz doprowadzić do końca, bez względu na ryzyko komplikacji, z którego każda z osób tego dramatu zdaje sobie doskonale sprawę.
Porażająca jest w tym filmie, oprócz samej aborcji w iście chałupniczym stylu, samotność kobiet, kompletna oddzielność ich świata od świata męskiego. I co gorsza, one tę obcość traktują jako rzecz zupełnie naturalną. Nie próbują nawet tego zmienić, nawiązać choćby nić porozumienia ze swymi mężczyznami, tak jakby z góry zakładały, że z ich strony mogą liczyć tylko na wykorzystanie, zapłodnienie, a później niezrozumienie, porzucenie czy potępienie. Może ciągle mają w głowie ludzkie: „sama chciała”, „po co się pchała” itd. A może zupełnie niesłusznie przybierają taką postawę? Mam wrażenie, jakby reżyser przemycił gdzieś żal do kobiet, może zarzut, że niepotrzebnie aż tak bardzo odgradzają się od mężczyzn, że powinny jednak bardziej zaangażować ich w swe kobiece problemy, oczekiwać od nich pomocy. Tylko, czy jest to możliwe, w tamtym kraju, w tamtych czasach? Na takie ewentualne pytanie nie otrzymujemy w tym filmie odpowiedzi.Mężczyźni w życiu tych kobiet są tu na dobrą sprawę nieobecni, są raczej źródłem ich kobiecych problemów niż pociechą.
Mungiu wskazuje (i w tym leży siła jego filmu), że nie ma niewinnych w tej sytuacji. Winny jest Bebe - konował wykorzystujący przerażenie kobiet zaskoczonych nieoczekiwaną zmianą sytuacji życiowej, żerujący niczym hiena na martwych płodach. Winne są także kobiety, podejmujące w życiu zbyt pochopne decyzje, winni są mężczyźni, zbyt mało interesujący się przeżyciami tych, z którymi współżyją, winne jest także wielkie osamotnienie, na jakie skazuje ludzi system, stosujacy politykę bezdusznych nakazów i zakazów, która jeszcze nigdzie i nigdy się nie sprawdziła. Czy jest ktoś niewinny? Tak, jest nim tylko i wyłącznie nienarodzone dziecko, usunięty płód.
"4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni" wstrząsa, i co ciekawe, nie jak by się wydawało w tej spektakularnej tragicznej warstwie zabiegu aborcji, ale w banale codziennego życia w jaki jest on wkomponowany. Wydawałoby się, taka decyzja, przerwanie ciąży, cały świat powinien zamrzeć w tym momencie - oto zaraz z woli swej matki umrze dziecko! A tu nic, dzień jak co dzień. Ranek zaczyna się od zakupów u studenta w akademiku – papierosy, dezodorant itd.; później depilacja nóg, żeby się ładnie na łóżku zabiegowym prezentować; acha, trzeba pamiętać o spakowaniu ceraty na podkładkę; później telefon w celu potwierdzenia rejestracji w hotelu; kolacja urodzinowa matki chłopaka, wysłuchiwanie andronów dorosłych przy stole urodzinowym. Prawie tak jakbyśmy oglądali dokument „jeden dzień z życia rumuńskich studentek”. Na czym więc polega mistrzostwo Mungiu? Od samego początku czekamy w napięciu na jakąś tragedię, na jakieś spektakularne nieszczęście, które potencjalne amatorki aborcji, oglądające ten film, zapamiętają do końca życia. Nic (?) takiego się nie dzieje, nic oprócz pomyślnie zakończonego zabiegu. Wszyscy żyją, oprócz dziecka.
Przeraża - jak człowiek żyjący w ciągłym upodleniu i upokorzeniu (i nie miejmy tu na myśli tylko czasów komuny) gubi poczucie człowieczeństwa, traci godność i szacunek dla życia, nie tylko swojego, ale nawet ( tym bardziej) jeśli ma ono 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni.
skomentuj (4)