baba-o-filmach blog

Twój nowy blog

Zapraszam na:
http://babkafilmowa.blogspot.com/

Z uwagi na spore perturbacje z jakimi spotykałam się ostatnio na „blog.pl” postanowiłam przenieść oba moje blogi:  filmowo.blog.pl i baba-o-filmach.blog.pl, na „blogspot.com”, i połączyć je w jedno pod nazwą BABKAFILMOWA czyli
http://babkafilmowa.blogspot.com
//Zapraszam do czytania (może przy okazji, ktoś zauważy i skusi się na jakiś stary wpis) i komentowania. Niestety, czego bardzo żałuję, nie da się przenieść starych komentarzy, pozostaną one nadal na starych blogach.
Pozdrawiam i przepraszam za chwilowe, jak to przy przeprowadzkach bywa, zamieszanie. :)
BF
teraz:   
http://babkafilmowa.blogspot.com/

Twórcy filmu (duński reżyser i scenarzysta Irańczyk Hossein Amini)  idealnie trafili w męskie marzenia.
Driver to taki współczesny, wielkomiejskopustynny jeździec znikąd.
Pojawia się i znika po wykonaniu szlachetnego zadania. Prawdziwy
romantyczny bohater o nieznanym pochodzeniu, przeszłości, ale na pewno z
dużym doświadczeniem życiowym, po jakichś ciężkich przejściach – to
melancholijne spojrzenie mówi samo za siebie. Dobrze wyglądający,
dokładnie tak jak lubią kobiety – zbudowany w sam raz, szerokie ramiona,
dobrze umięśniona klatka piersiowa (ale bez przesady) obiecują w razie potrzeby
bezpieczne schronienie w ich zaciszu, wąskie biodra – nadają sylwetce
lekkości i zwinności. Blond włosy, deliktane rysy twarzy, niebieskie
oczy – sugerują łagodność i delikatność charakteru. W dodatku facet nosi
stylową kurtkę, z wyhaftowanym na plecach skorpionem. Jakby swoim
portretem, bowiem on,  tak samo jak skorpion, nie niepokojony nie jest
groźny, nie wadzi nikomu, ale biada, gdy ktoś nadepnie mu na odcisk,
wtedy atakuje wściekle i ze zdwojoną siłą, trafiając idealnie w czułe
punkty ofiary doprowadza ją do szybkiej i bolesnej śmierci. Oprócz
umiejętnosci radzenia sobie ze zdradzieckim wrogiem ten romantyczny
bohater jest wspaniałym jeźdźcem. Sztukę prowadzenia koni mechanicznych (
a także ich obsługę) ma w małym palcu.
Ktoregoś dnia,  na jego drodze pojawia się
samotna blondynka, prawdziwy Kopciuszek, wymagający wsparcia na męskim
ramieniu. Na dodatek obdarzona słodkim czarnowłosym rezolutnym synkiem.
Źli ludzie chcą im, oraz powracającemu z więzienia skruszonemu mężowi,
zrobić krzywdę. Jest więc zadanie do wykonania!  Bywa ciężko, ale tajemniczy
jeździec dwoi się i troi, by niewinnych i prześladowanych uratować. Po
czym odjeżdża swą mruczącą maszyną w czarną pustkę, nie kalając się
wcześniej żadnym brudnym seksem z mężatką i matką dziecka. Jedyne zbliżenie na
jakie sobie pozwala to pocałunek w windzie (ładna scena), ale to tylko w
celu zmylenia groźnego przeciwnika, który przybył by go zamordować.
Czy
może być piękniejszy wizerunek bohatera, mężczyzny? Silny i bezwzględny
wobec szubrawców, subtelny, szlachetny, ofiarny wobec damy i dziecka?
Który mężczyzna nie chciałby być takim driverem? Dlatego tak ten film
podoba się facetom. Kobiety mogą wykazywać trochę mniej entuzjazmu, one
wiedzą, że tacy driverzy zdarzają się tylko w filmach o dzielnych
kowbojach. Ale rzeczywiście, filmowi Refna nie można odmówić poezji w
XXI-wiecznej ilustracji odwiecznego marzenia, zarówno dziewcząt jak i
chłopców, bajki wręcz, o dzielnym rycerzu ratującym sponiewieraną
księżniczkę i to za friko. Zdjęcia są piekne, bardzo interesująco
oświetlone, niektóre kadry zastygają stajac się żywymi obrazami (np. scena w garderobie striptizerek, albo walka na plaży),
Gosling (driver) wygląda rewelacyjnie, jego partnerka (Carey Mulligan)
również, źli ludzie
wyglądają brzydko, Los Angeles jest piękne, szczególnie nocą, gdy
magicznie mruga i wabi swoimi światłami, w dzień nie wygląda już tak
uroczo, muzyka (Cliff Martinez – grał jakiś czas z RHCP) – świetna,
dopasowana swym brzmieniem do tętniącego miasta molocha. Akcja mimo
skąpych dialogów, jest dość wartka i nie szczędzi widzom mocnych scen,
jak to u Refna… ale w końcu prawdziwy męczyzna nie zna litości, gdy
chodzi o dobro kobiety i dziecka. Polecam, ale bez nastawiania się na
jakieś wewnętrzne przeżycia, amatorzy baśni (ja czasem nim bywam) będą
na pewno zadowoleni, bo jest miła nie tylko dla męskiego ego,
dziewczyńskich oczekiwań, ale i dla oczu oraz uszu wszystkich widzów.

Jedna z osób
odwiedzających mojego bloga poleciła mi polski film „Ewa” autorstwa Adama
Sikory i  Ingmara Villqista (reżyseria i scenariusz), zdjęcia
Adama Sikory. Nazwisko pierwszego kojarzy mi się oczywiście z J. Skolimowskim i
jego „Czterema nocami z Anną” oraz 
„Essential Killing” a także z „Młynem i krzyżem” L. Majewskiego, na
planie których działał jako operator. A drugiego, czyli Ingmara Villqista
kojarzę z Teatrem Polskim w Poznaniu i sztukami jego autorstwa na które nie
zdążyłam pójść, czyli „Nocą Helvera” I „Helmucikiem”. Może przyjdzie mi
znajomość  z tym panem rozpocząć trochę
nietypowo jak na niego, bo od filmu, którym debiutuje na ekranie. A tymczasem,
zanim jeszcze zobaczę „Ewę”, wrócę na chwilę do „Essential Killing”. Filmu
nadzwyczajnie docenionego przez krytykę (chociaż nie gremialnie) czy innych fachowców od kina i
nadzwyczaj niedocenionego, jak mi się wydaje na podstawie tego co czytałam w internecie, przez widzów.

Jak już zapewne
wszyscy wiedzą, Essential Killing” to film niezwykły.
Dialogi sprowadzone są do minimum, jako, że głównym bohaterem jest
Afganistańczyk, który ucieka z konwoju więziennego na terenie Polski (pamiętamy
słynne obśmiane przez wszystkich Polaków Klewki śp. A. Leppera?). Pomysł
znakomity, wydaje mi się, że także niezbyt kosztowny, wykonany moim zdaniem
doskonale przez głównego aktora, Vincenta Galllo, którego zarówno uroda, jak i
osobowość świetnie wpisują się w postać zbiega ze Wschodu. A przy okazji,
jakże świetny przyczynek wyszedł do ostatnich politycznych rozważań czy nasza niechlubna
pomoc  dla USA przy manipulowaniu z
islamistami rzeczywiście posunęła się do aż tak obrzydliwej współpracy, jak
osadzanie ich w tajnych więzieniach na terenie naszej ojczyzny, tak bardzo
przecież kochającej wolność. Jak było naprawdę i tak się nie dowiemy, nie warto
sobie tym zaprzątać głowy, lepiej wrócić do filmu.

Mnie
się bardzo spodobał ten, jakże poetycki, obraz o agresji rodzącej agresję i o
tych, którzy ją wyzwalają na swoją własną zgubę, czyli mężczyznach. Autorzy
filmu nie odmawiają im, po obu stronach konfliktu, sporych pokładów wrażliwości
. Mamy w filmie malownicze marzenia (zazwyczaj senne, ale nie tylko)
Afganistańczyka, jego tęsknotę za zbrukaną wojną ojczyzną, kobietą, dzieckiem,
meczetem. A z drugiej strony, przysłuchujemy się rozmowie żołnierza
amerykańskiego z żoną, która dopiero co urodziła dziecko.  Za chwilę, ten sam Mohammed wspominający z
takim rozrzewnieniem swoją rodzinę, zabije tego szczęśliwego ojca. Jak to jest,
że ci sami wrażliwi przecież w jakiś sposób, mężczyźni potrafią wyzwalać z
siebie iście mordercze instynkty i zabijać na zimno, z wielkim okrucieństwem i
bez opamiętania tych, którzy przecież tak samo jak oni, są czyimiś ojcami,
mężami, synami.  Ten łańcuch zbrodni
rodzących zbrodnie (Mohammed uwalniając się z konwoju i wędrując przez Polskę
zachowuje się jak ranione zwierzę, na wszelki wypadek atakuje zawsze pierwszy) przerywają
kobiety napotkane po drodze przez uciekiniera. 
Niestety, mało kto, jeśli w ogóle, zauważył ich rolę w filmie, a jeśli
już wspomniał o nich, to tylko po to, żeby wyrazić wzgardę, ewentualnie oburzenie,
że są nieładnie i bardzo nie po polsku (bo brzydko) ubrane. Te dwie kobiety,
jedna na rowerze z dzieckiem przy piersi i druga samotna w domku na uboczu,
także mogły się poczuć zagrożone, w końcu Mohammed celował w nie z pistoletu. A
jednak, każda z nich zareagowała nadzwyczaj spokojnie i każda na swój sposób udzieliła
mu pomocy. Jedna nakarmiła, a druga zaopatrzyła, zarówno rany, jak i na dalszą
drogę. Wtedy to po raz pierwszy ten twardziel zapłakał. Może nad złem, kórego
tyle ludziom wyrządził? Może spodziewał się nienawiści , a spotkała go
łagodność. A może przypomniał sobie  swoją matkę i jej   trud
wykarmienia go i wychowania, który teraz pójdzie na marne. Może pomyślał o jej łzach wylanych po jego śmierci? A może
Skolimowski chciał zawołać o większe docenienie kobiet przez mężczyzn i ich
rolę w budowaniu pokoju, czy w ogóle w ulepszaniu świata? Ja to widzę w tym
filmie bardzo wyraźnie. Szkoda, i mówię to poważnie, że mężczyźni na ogół tak
nie doceniają kobiet, nie liczą się z nimi, traktują je najczęściej instrumentalnie
, świat wiele na tym traci.

Na początku filmu byłam nieco
poirytowana, może ta ciężka atmosfera , śledztwo, tortury w Guantanamo tak na
mnie podziałały, ale czym dalej w las szedł Mohammed, ścigany przez hordy
mężczyzn, tym bardziej mnie film wciągał, a spokojne zimowe pejzaże polskiej
wsi, wyciszały.  Warto było towarzyszyć
Mohammedowi w jego ucieczce, ale nie dlatego, by doczekać się jego porażki, a
dla rewelacyjnego obrazu kończącego film, wręcz w swym pięknie kiczowatego, by poczuć
ten niesamowity smutek, ciszę i to pytanie nasuwające się samo na usta – czy
warto, po co się tak bezsensownie nawzajem  zabijać , skoro świat jest taki
piękny? I życie też takie by mogło być.

Bardzo
dobry film z mocno pacyfistycznym wydźwiękiem, mimo „zabijania” w
tytule.  Może dlatego tylu zawiedzionych
widzów, przecież wiadomo, że nic tak dobrze się nie sprzedaje jak wojna (a tu
masz, taki zawód – tylko bieg na przełaj przez las, wieczne zmęczenie,
ujadające psy – swoją drogą jedna z lepszych symbolicznych scen, jacyś wieśniacy i wiejskie
baby, których na dodatek nikt nie gwałci, jak tak można?

Wielu
zadziornych widzów zarzuca filmowi banał, opowiadanie o oczywistościach.   A ja
się pytam, czym w takim razie są filmy o których ci sami młodzi panowie
potrafią godzinami dyskutować , jacyś Conanowie Barbarzyńcy, jacyś Terminatorzy
i inne plastikowe męskie stwory. Poza tym, trudno nie zauważyć, że życie jest
ciągle tą samą historią powtarzaną przez setki czy tysiące lat.  Także tą o odwiecznej agresji i wojnach,
jakie wywołują panowie i władcy tego świata, niestety, rzadko na swoją zgubę, a
na zgubę niewinnych i uczciwych ludzi, czasem tak jak to ma miejsce w naszych czasach, zupełnie przypadkowych, rozsianych
po całej Ziemi,  nie zaangażowanych bezposrednio w ich wojnę (co też
widzimy na filmie ), a co kojarzy się z terroryzmem.  Akurat „Essential Killing” ukazuje,
ten jak to mówią zgorszeni widzowie, „banał” (a swoją drogą, to ciekawe, jak
łatwo jest obecnie wojnę, czy terroryzm, przemianować w banał!) w sposób wyjątkowy. Taki, że ludzi
przyzwyczajonych do stereotypowego obrazu wojny na ekranie, ten film kłuje
wyjątkowo mocno po oczach. Najlepszy to dowód na to, że   z „banałem” nie ma on 
wiele wspólnego.

„Nadzy”,
„Oświecenie gwarantowane” i w końcu „Hanami – kwiat wiśni”
- znając te znakomite, a szczególnie „Hanami – kwiat wiśni”, filmy Doris
Dorrie, nie mogłam nie pójść do kina na jej najnowsze osiągniecie -
„Fryzjerkę”. Może słowo „osiągnięcie” nie jest  najbardziej
adekwatnym w przypadku „Fryzjerki”, ale film, wg mnie wart jest spojrzenia,
poświęcenia mu ok. 1,5 godziny czasu. Zwłaszcza, że dotyczy problemu, który w
naszych zachodnich społecznościach zaczyna coraz bardziej nabrzmiewać i nabierać
monstrualnych kształtów, chodzi o ludzi wykluczonych. Z kolei określenie
„monstrualne” pasuje prawie idealnie, bowiem tytułowa bohaterka jest
właścicielką bardzo dużej pupy, tudzież innych części ciała (tu uwaga: amatorzy
kobiecych krągłości naprawdę będą mieli na co popatrzeć!).

„Fryzjerka” to
przesympatyczny komediodramat o przesympatycznej kobiecie, która ze względu na swe
gabaryty nie mieści się we współczesnym kanonie estetyki. Ale postanowiła
sobie, popłakując czasem z cicha, i w głębokim ukryciu, nie przejmować się, i
żyć, a raczej próbować żyć – bo to wcale nie takie proste, po swojemu, nie dostosowując
się do obowiązujących, narzucanych wzorców estetyki. Zresztą tak naprawdę,  Kathi nie ma wyjścia. Nie stać jej finansowo
na żadne operacje plastyczne, odsysanie tłuszczu, diety, czy wczasy odchudzające.
 Jest kobietą, samotnie wychowującą
dorastajacą córkę. Właśnie odeszła od męża, który po kilkunastu latach pożycia
zdradził ją z jej najbliższą przyjaciółką. Oprócz męża, musiała porzucić także
obszerny wygodny dom na wsi, samochód, wybierając w zamian skromne malutkie mieszkanko
w wieżowcu na jednym z berlińskich blokowisk, dojazdy miejskimi środkami
lokomocji i poczucie krzywdy córki, pozbawionej ojcowskiej ręki. Teraz Kathi musi sama zacząć zarabiać na siebie, córkę i na mieszkanie.  I nie chce się zmieniać i
dostosowywać do tzw. kanonów estetyki, by mieć pracę.  Jej tusza bywa czasem kłopotliwa, ale ona lubi
siebie, a przede wszystkim kocha swój zawód, będący jednocześnie jej pasją. 
Kathie jest fryzjerką, czyli jak to się obecnie górnolotnie nazywa – „stylistką fryzur”.
Bo teraz nic nie nazywa się po po prostu, tak jak dawniej. Listonosza
przechrzczono na „doręczyciela”,  zamiast
śliniaczków dla niemowląt matki kupują (całe szczęście, że nie u rzeźnika) „podgardla
dziecięce”, sklepy zastąpiły galerie, a poczciwe zakłady fryzjerskie „salony
fryzur” z uwijającymi się w nich „stylistkami”.

Myliłby się
ten, kto na podstawie wyglądu, posądziłby Kathi o słabość charakteru i brak
wiary w siebie. Tak jak wspomniałam, Kathi wie czego chce i wie, że jej powołaniem
jest uszczęśliwianie ludzi, poprawiając ich wizerunek i dobre samopoczucie
poprzez niebanalne fryzury. I Kathi zrobi dosłownie wszystko, żeby dopiąć celu.
Niestety, ze swoją figurą, nie ma szans na zatrudnienie na salonach, postanawia
więc, otworzyć swój własny interes. Dołączyła do niepoddających się żadnemu
dyktatowi mód, trendów narzucanych przez koncerny czy to kosmetyczne,  czy spożywczo-żywieniowe, czy w końcu odzieżowo-modowe, ludzi wykluczonych. Poza nią, przez ekran przewijają się, wręcz tabunami,
ludzie starzy, tacy z domów starców, zaniedbani i pomarszczeni jak im pan Bóg
przykazał, a także – przedstawiciele imigrantów, Wietnamczycy, żyjący i
pracujący w swych miejskich enklawach. I w tym momencie, na usta ciśnie się dobre
stare hasło, które dla promocji filmu można by przetransponować na „Wykluczeni wszystkich
krajów łączcie się”.

Film zobaczyłam z prawdziwą przyjemnością, nie
zaśmiewając się, co prawda, do rozpuku, zresztą znając Dorrie, nie liczyłam wcale na to,
ale jednak z uśmiechem na ustach. 
Choć często był to niestety uśmiech przez łzy współczucia dla Kathi. Twórcy nie poszli bowiem na
łatwiznę i nie zrobili kolejnego filmu „ku pokrzepieniu serc”. Wręcz przeciwnie, droga tej skromnej fryzjerki
do wymarzonego celu, jest drogą przez mękę,  ale nie można było nie uśmiechnąć się,  widząc jak Kathi walczy z szarością życia (to blokowisko w którym mieszkała, jej sytuacja rodzinna,
ludzie z wymaglowanymi przez reklamy młodości mózgami), nie tylko
pogodą ducha, ale także pogodnym wizerunkiem, ubierając się w neonowe
obcisłe sukienki,podkreślające jej wydatne wypukłości, wpinając sobie co
dzień rano kolorowe pasemka we włosy, a w uszy spore kolczyki w
kształcie owoców
.

Kończąc, żeby nie było tak słodko, to chciałabym
zaznaczyć, że film ostrożnie polecam Prawdziwym Polakom i Prawdziwym Polskim
Patriotom. Niestety, mogą się zniesmaczyć, a może nawet oburzyć i
wystosować jakiś list protestacyjny do Angeli Merkel w obronie
wizerunku polskiej wsi. Mnie też było trochę przykro, ale godnie przyjęłam
na klatę smutny obrazek ojczystej prowincji, widzianej oczyma niemieckiej (!) artystki.
Jest w filmie sekwencja, gdy Kathi przemyca grupę Wietnamczyków nielegalnie
przekraczających granicę polsko-niemiecką. Tak, tak, Kathi to zdesperowana
kobieta, która żadnej pracy się nie boi, by zarobić parę marek na swój
salon fryzjerski. Pejzaż polskiej wsi przygranicznej nie wypada imponująco  -  siąpiący deszcz, błoto na bitej drodze, szare
domki, szara knajpka,  na całe szczęście
brak zataczających się po alkoholu rodaków. A za chwilę przenosimy się na wieś niemiecką – jest znaczne lepiej,
pogoda ładniejsza, ładniejsze i większe domy,  ogródki z kolorowymi
kwiatkami. Trochę poczułam się jak w filmie Dorrie, tym filmie, o ludziach
wykluczonych, brzydszych, niedocenianych, wyrzuconych poza nawias. Mogła przecież
wybrać lepsze miejsca, a przynajmniej nie kręcić w deszczu i błocie. :) :)

 Swą opowieść o filmie zakończę nietypowo, bo mottem, słowami Kathi, otwierającymi historię pewnej niemieckiej fryzjerce, na dowód, że dla niektórych ludzi (czyt. wykluczonych) nie ma lepszego
wyjścia, jak iść przez życie z uśmiechem na ustach: „Siwe włosy u mężczyzny
świadczą o sile jego charakteru. U kobiet, wręcz przeciwnie”. Cudowne.:)

 

 

Bardzo głęboki PRL. Czas akcji – lata 60-te ub. wieku. Miejsce – wieś gdzieś. Taka prawdziwa, jakiej teraz nie uświadczysz – bite drogi, wozy konne, baby w chustkach na głowach, marszczone kwieciste spódnice, procesje z obrazem świętej Panienki od domu do domu, czasem nawet, jeśli ktoś mocno zgrzeszył – na kolanach, a w soboty potańcówki w wiejskiej izbie klubem szumnie zwanym. Jedynym zwiastunem „nowego”na wsi, jaskółką, która przyfrunęła z miasta, jest Edek (wspaniały Tadeusz Łomnicki, brat reżysera filmu), nauczyciel, nasłany przez PZPR, co okaże się być mu kłodą rzuconą pod nogi w niedalekiej przyszłości, gdy przyjdzie mu zdawać egzamin z lojalności wobec partyjnego statutu. Ale najpierw Edek nieźle zamiesza, uwodząc dziewczynę miejscowego supermana – Staszka (wspaniały, do złudzenia przypominający Marlona Brando – Roman Wilhelmi), odsiadującego karę w więzieniu za potrącenie człowieka. Czas kary się kończy i Staszek, wracając na wieś, liczy na czas nagrody. A tu masz babo placek – jego Ula (urocza i subtelna jak zawsze Marta Lipińska) prowadza się po wsi z miastowym nauczycielem, takim co to się jeszcze po drogach skuterem nowiutkim obwozi, terkotem i tumanami kurzu drażniąc zazdrosnych. Ale, żeby tylko to jedno nieszczęście na Staszka spadło! W domu rodzinnym też mu się nie najlepiej wiedzie. Całe gospodarstwo zostało przepisane na brata, u którego teraz Staszek za parobka musi robić, śpiąc kątem w stodole, obok ojca.
Któregoś dnia, droga Stacha splata się z drogą, którą, wlokąc jedną nogą, idzie Bronka . Gra ją Zofia Kucówna (kiedyś żona Adama Hanuszkiewicza), nie mająca na filmwebie żadnej, choćby najkrótszej notki biograficznej, nie wspominając o zdjęciu (jak tak można!?), ale to tylko tak nawiasem. Bronka jest półsierotą, mieszkającą z kochającym ją ponad życie ojcem. Od słowa do słowa i Staszek zawraca w głowie ułomnej na ciele Bronce. To bardzo wartościowa dziewczyna, wrażliwa, mająca tę samą potrzebę miłości i zaspokojenia pożądania, jak wszyscy inni w jej wieku. Niestety, jak do tej pory bez szans spełnienia. Bronka to wiejskie popychadło i pośmiewisko, nie mogła nie ulec urokowi przystojnego Staszka, tym bardziej, że dziewczynie niczego oprócz zdrowia w nodze nie brakowało. A tak się wcześniej broniła przed ślepą namiętnością, rojąc sobie, tak naiwnie, po kobiecemu, że to przed nią powinni do szaleństwa zakochani mężczyźni klękać. Ale największą pokusą dla Staszka były jednak morgi Bronki, co to je jej tata wcześniej na spółdzielnie przepisał. Staszek poczuł szansę, by odegrać się na całej wsi i zostać gospodarzem, co prawda tylko trzech mórg, ale zawsze. Zanosiło się więc na raj na ziemi: Bronka, wiejska pokraka miałaby za męża najprzystojniejszego chłopaka we wsi, on – czyli Staszek byłby wreszcie panem na swych morgach, Ulka jego ukochana, najpiekniejsza dziewczyna we wsi (co nie znaczy, że najgłupsza, o nie, w ten stereotyp autor scenariusza Jerzy Pomianowski na szczęście nie poszedł) miałaby również to co czego była godna – męża nauczyciela, jego mieszkanko przy szkole i skuter, no i oczywiście, co najważniejsze – miłość Edka, o której była przekonana do pewnego momentu…. Niestety, jak się okazało wszystkich poróżnił Bóg, Partia i obraz świętej Panienki, kiedy to miłość Edka do Ulki została wystawiona na ciężką próbę. I na tym skończę moje wprowadzenie w fabułę, może jednak ktoś zaciekawiony, zarówno czasem i miejscem akcji (choć wątpię, żeby znalazło się wielu chętnych do poznawania okresu prawdziwej komuny na wsi, gdzie rzadko sięgały służby SB, i gdzie nie można zaczepić tak ostatnio ukochanego przez filmowców tematu lustracyjnego), a może zachęcony nazwiskiem reżysera (tak jak ja) – Jana Łomnickiego (ukochany polski serial „Dom”), albo tą wspaniałą obsadą aktorką , sięgnie kiedyś po film? Moim zdaniem warto. Ja z wielką przyjemnością, z rozrzewnieniem wręcz popatrzyłam na wieś, którą znam z dzieciństwa, wieś rozmodloną, przepełnioną skrajnymi prostymi namiętnościami, gdzie nie ma owijania niczego w bawełnę, gdzie jak mówi, groźnie marszcząc brwi, jedna z czołowych gospodyń: „Boga można się nie bać, ale żeby nie bać się sąsiadów!??”.
Wielkim atutem filmu jest aktorstwo, reżyser zadbał by zagrały u niego największe tuzy polskiego ekranu, i żeby było ciekawiej, czym szacowniejsze nazwiska tym mniejsze epizody grają: Kazimierz Opaliński (dziadek Staszka), Zbigniew Zapasiewicz jako ksiądz. I tu, przy okazji księdza, dobrze jest zaznaczyć na plus dla filmu, że scenarzysta również zadbał, żeby nie było stereotypu jak na czasy komuny, ksiądz jest tu najświatlejszą postacią, niestety, jest bezsilny wobec mentalności ludu. Warto tu przy okazji nadmienić, że film bardzo dobrze ukazuje niełatwe moralne dylematy zwyczajnych ludzi PRL-u, którzy żyją między młotem i kowadłem, z jednej strony tradycja, religia i obrzędy, cała ta duchowa otoczka, a z drugiej partia, z którą łatwiej wyżyć i przeżyć.
„Wiano” ogląda się bez cienia nudy, wręcz przeciwnie, czuje się to zwierzęce buzowanie hormonów, które determinują zachowania ludzkie, które czasem trudno trzymać na wodzy, bo Bóg, sąsiedzi, partia. Ale warto pamiętać o najważniejszym , hormony hormonami, Bóg Bogiem, sąsiad sąsiadem, partia partią, ale najważniejsze, by nie zapominać o godności drugiego człowieka.

Film niezwykły pod wieloma względami – 80 dni z życia dwóch kobiet, mało tego – 70letnich! Wyobraźcie sobie te zmarszczki, tę niełabędzią szyję, tę niedoskonałą figurę, a w dodatku panie mają skłonności lesbijskie – tego jeszcze nie było! Axun i Maite pochodzą z tej samej, niedużej miejscowości w Hiszpanii. Przyjaźniły się jako nastolatki. Po szkole każda z nich poszła w swoją stronę. Axun wyszła za mąż, osiadła na wsi. Maite skończyła konserwatorium muzyczne, wykłada w wyższej szkole, daje koncertyi wybiera się na emeryturę. Żyje samotnie, jest lesbijką. Po ponad 50 latach, przypadek sprawia, że obie panie spotykają się w szpitalu u wezgłowia leżących w śpiączce krewnych. Axun odwiedza zięcia, który miał ciężki wypadek drogowy, a Maite pielęgnuje brata po wylewie. Ich przyjaźń zaczyna pomału odżywać. Maite jest kobietą światową, otwartą, szczerą, nie kryje swoich uczuć, choć nie ładuje się nikomu do życia z butami – jest bardzo subtelna, taktowna, nienachalna. Axun natomiast to kobieta wycofana, czasem nawet zacofana, nieśmiała, zakompleksiona. Co prawda, pamięta pocałunek jaki dawno temu złożyła na jej ustach Maite, ale ze strachem przywołuje go w pamięci – czuje się nieswojo z myślą, że może za nim tęsknić. Maite wyznaje przyjacielowi, że kiedyś podkochiwała się w Axun, ale taktownie nie wspomina o tym swej przyjaciółce, nie chce jej spłoszyć. Wie, że jednym niewłaściwym gestem może popsuć ich przyjaźń. Ale i Axun odkrywa, że w obecności Maite czuje się wspaniale, jest sobą, śmieje się, promienieje, jest zupełnie inna niż w swym domu, w towarzystwie męża, z którym praktycznie nie rozmawia, spożywając tylko wspólnie posiłki – to one są ich największą namiętnością.
Częstotliwość spotkań kobiet, jak również ich intensywność, nabiera tempa. Niestety, dla nobliwego małżonka oczekującego grzecznie co wieczór na przybycie żony z miasta, przychodzi czas próby – zaczyna podejrzewać swą połowicę o zdradę. Oczywiście z mężczyzną. Jak potoczą się losy przyjaciółek, czy miłość okaże się najważniejsza, czy zwycięży rutyna życia i strach przed kompromitacją? Powiem tylko jedno, wiele ludzie tracą, gdy decydują się żyć w ramach narzuconych im przez społeczeństwo, gdy wypychają z życia miłość, która grozi rozsadzeniem tych ram. Niestety, bardzo często wybiera się święty spokój, stabilizację, tym bardziej, gdy ma się 70 lat, a szkoda, chciałoby się powiedzieć. Starość ciała rzadko przecież idzie w parze ze starością duszy, serca, umysłu. Choć czasem stan duszy, niestety bywa, że niewydolne fizycznie ciało warunkuje.

Ludzie przekorni, ktorzy macie dość zalewającej nas plastikowej młodości, oglądajcie ten film! Wreszcie możecie popatrzeć na stare kobiety, na ich roziskrzone oczy, uśmiechnięte od ucha do ucha usta, na ciała, które pragną dotyku… erotycznego. Jest rewelacyjny, nie tylko ze względu na to, że ukazuje miłość starszych pań, ale także na świetnie rozpisane role – kobiety są swoimi przeciwieństwami, na dodatek obdarzone inteligencją i wspaniałym poczuciem humoru. Twórcy filmu z wyjątkowym smakiem poruszaja się w tak delikatnych tematach, jak: miłość starych ludzi, w dodatku lesbijska, starości w ogóle, różnicy statusów kobiet, że nie musi on być przeszkodą w uczuciach itp. Niestety, film także pokazuje jaki wielki rozdźwięk istnieje między światem emocjonalnym mężczyzn i kobiet, jak wiele panowie tracą nie rozmawiając otwarcie ze swymi kobietami, wstydząc się swych uczuć, kryjąc emocje. Być może niejedna miłość lesbijska poczyna się z zawodu, jaki mężczyźni sprawiają kobietom w tym względzie?

Nie znam,
niestety, poprzedniego osławionego procesami sądowymi, filmu Henryka Dederko
pt. „Witajcie w życiu” („Amway’ jako sekta?), ale mam wrażenie, że reżyser
nawiązując do tego właśnie tytułu, chciał w swym ostatnim filmie znowu pokazać grupę ludzi
„opętanych”, manipulowanych i manipulujących.  A wszystko to w celu poczucia bycia kimś
wyjątkowym,  w przypadku „Witajcie w
życiu” – na płaszczyźnie materialnej, w  „Witajcie w mroku” – emocjonalnej
W „Witajcie w mroku” młodzi ludzie manipulują mieszczanami, wykorzystując
symbolikę śmierci,  strach i fascynację
jaka się z nią wiąże, tajemniczość okultyzmu, wszelkich wiedz tego rodzaju, na
czele z bajkowością wampiryzmu, bawią
się szokiem, jaki wywołują swymi praktykami i wyglądem w zwykłych śmiertelnikach.
Nie wiem jaki osobisty stosunek do gotów ma Dederko, ale sądząc po filmie,
wygląda na to, że chyba nie za bardzo ich lubi, czy ceni. Nie wiem nawet, czy
kręcąc ten film, był nimi szczerze zainteresowany. Czy nie wykorzystuje ich egoistycznie
tylko i wyłącznie dla własnych celów, chcąc zachęcić
przeciętnego widza do włączenia telewizora, by z wypiekami na twarzy mógł zobaczyć
tych dziwaków, co to piją krew, śpią w trumnach, zaglądają do grobów, przebijają
sobie ciała ćwiekami, mają swoje tajemnicze zloty (tutaj festiwal w Bolkowie –
jakiś czas temu,  przejeżdżając, miałam
sposobność zobaczyć jak fajnie ich czarne sylwetki wpisują się w krajobraz tego
miasteczka i jego zamku), noszą ostry czarny makijaż itd, itpl. I jeśli ktoś na to liczył,
to się naprawdę nie zawiódł. Napatrzył się na to wszystko do woli. I tyle, nic
poza tym. Z ekranu wiało przerażającą pustką, ludzie wypowiadający się do
kamery nie szokowali wyglądem (przynajmniej mnie), lecz bezdenną nicością, mentalną
pustką,
wyrzucając z siebie pseudo intelektualny bełkotu, sprawiali wrażenie, jakby
sami dobrze nie wiedzieli o czym mówią, a raczej – co recytują. Zobaczyliśmy
ludzi znudzonych życiem, ociężałych, bawiących się tylko wyłącznie w bal
przebierańców. Bo jeśli ktoś faktycznie, czuje potrzebę samookaleczania z
powodu bólu psychicznego, robi to w ukryciu, skrzętnie chowając  ślady po ranach przed otoczeniem. Jest to jego
głęboką intymną tajemnicą, rodzajem autoterapii, a nie powodem do chwalenia się tym
przed światem.
Właśnie, największym zaskoczeniem był dla mnie udział w tym filmowym projekcie pana doktora
etnografa Jana Witolda Suligi, lecz po przeczytaniu napisów objaśniających, iż
jest on załozycielem Centrum Terapii Uzależnień Duchowych, doskonale rozumiem
pobudki jego wystąpienia w tym filmie (reklama dźwignią interesu). Ale czy bycie gotem, nabijanie  ciała metalem, ubieranie się na czarno, różowe
dredy, spanie w trumnie to uzależnienie? Wg mnie to raczej rodzaj buntu, krzyku „halo!
widzicie mnie? Jestem tutaj”, z którego się wyrasta niczym z przysłowiowych
krótkich spodenek. To akurat mija z wiekiem, nie spotkałam się raczej z tego
typu przebierańcami w średnim wieku. Jedynie co, to tacy ostają się w kapelach
muzycznych, ale to jest ich sposób zarabiania na życie, na żony i dzieci, a
więc coś co z buntem nie ma nic wspólnego.
 A może pobudką nakręcenia filmu „Witamy
w mroku” było wywołanie niechęci do gotów, ukazanie ich mentalnej pustki,
pozerstwa, jeśli tak, to reżyser odniósł w tym względzie niewątpliwy sukces.
Nie twierdzę, że takie są moje poglądy, mówię o emocjach,jakie ten film
wywołuje. Osobiście nic nie mam do tych ludzi, wręcz przeciwnie, jak wspomniałam
kilka wierszy wcześniej, budzą oni moje zainteresowanie, lubię czarny kolor,
nie wierzę w Boga Jedynego (ale także w szatana, wampiry etc. jedyne w co wierzę to w
siłę natury, czyli najbliższy byłby mi animizm),wzbudzają nawet mój pewnego rodzajut podziw –
mieć tyle odwagi w taki akurat sposób chcieć wyróżnić się z szarego motłochu. Zabierając się za
film Dederki, liczyłam jednak na cos więcej niż tylko na fasadę, niestety nie poglębia on mej wiedzy na ich temat, a może, po prostu, na to
wygląda, że nie ma o nich nich za wiele do powiedzenia?  Ot taka przypadłość, jakich wiele, lat
chmurnych i durnych, niezgoda na mieszczańską egzystencję, sposób na zagubienie,
samotność, nudę i prozę życia, która mija z wiekiem jak  młodzieńczy trądzik. 

Ostatnio jestem mało aktywna z powodu kłopotów rodzinnych (choroba mamy). Postanowiłam więc, czasem, sięgnąć do moich forumowych zapisków, by polecić, a czasem zaznaczyć, coś co warto kiedyś, przy nadarzającej się okazji zobaczyć. Tym razem będzie to mały
rarytas w gatunku dokumentu. A rarytas, bo rodem z Czech. Nierzadko mamy sposobność
oglądać tego rodzaju filmy naszych południowych sąsiadów. Rene, to niezwykle ciekawy
eksperyment, choć nieco męczący w oglądaniu, głównie ze względu na trudną
osobowość tytułowego bohatera. Reżyserka, Helena Třeštíková, wpadła na pomysł,
by prześledzić, filmując, około 20 lat z życia pewnego chłopca – Rene Plasila.

Pochodzi on z rozbitej rodziny.  Rodzice
inteligenci (ojciec muzyk), po rozwodzie, niespecjalnie interesują się losem
syna. 14-letni chłopak mieszka u ojca, pewnego dnia usłyszy od niego słowa,
które być może zaważą na jego przyszłym życiu: „beze mnie sobie nie poradzisz,
będziesz nikim.” Jak może zareagować ambitny małoletni na tego rodzaju dictum z
ust ojca? Wiadomo, od razu rodzi się impuls, by mu udowodnić, że nie ma racji. Rene ucieka
z domu, żeby przeżyć wdaje się w kradzieże, trafia do poprawczaka. Od tego
momentu więzienie staje się jego domem, a on sam zostaje, podobno, kultowym
więźniem, znanym w całych Czechach. Za kraty trafia regularnie ( kradzieże) po
każdym wyjściu na wolność. Facet jest kompletnie nie dostosowany do życia w
społeczeństwie. Chowany bez miłości, bez rodziny, uodpornił się na ludzi i
manifestuje to bez skrupułów. Wytatuował sobie całe ciało (z nudów – jak mówi),
na szyi ma napis, który każdy może przeczytać – „Fuck off, people”.
Rene, ma dosyć ciekawą powierzchowność, interesujący głos, jest inteligentny,
pisze książki (za namową reżyserki) – łatwo i chętnie nawiązuje na wolności
kontakty z kobietami, które szybko go pokochują (wiadomo -kobieca dusza samarytanki dochodzi do głosu). Lecz on wszystko zawsze
psuje, tak jakby chciał pomóc losowi wypełniać fatum nad jego
życiem. Nie potrafi się związać z nikim na dłużej,  zawodzi zaufanie jakim go kobiety,  znajomi i
przyjaciele obdarzają. A najgorsze to to, że życie, nie dosyć, że go nie
cieszy, to go potwornie nudzi. Zgodził się na sfilmowanie siebie, nie wiadomo
dlaczego (może dla pieniędzy, może dla połechtania swego ego, może z nudy właśnie, a może z
wdzięczności, że ktoś poświęca mu trochę więcej uwagi ?). Na początku filmu ma 14
lat, a widzimy go ostatni raz, gdy ma powyżej 30. W czasie tego całego okresu
filmowania zaprzyjaźnia sie z Heleną Trestikową, pisze do niej listy, opowiada
o problemach, wątpliwościach, lękach. Pewnego dnia stawia jej fundamentalne
pytanie, czy jest dla niej tylko tematem, czy może czymś więcej?  Otrzymuje, niestety, dość wymijającą
odpowiedź. Podświadomie, widać, że ten mężczyzna pragnie nawiązania jakichś głębszych więzi, lecz świadomie to pragnienie wypiera. Prawdopodobnie
nie daje rady, albo mu się nie chce, sprostać trudom jakie się z wiążą z utrzymywaniem dobrych miedzyludzkich relacji, które trzeba pięlęgnować
- chodzi o lojalność, uczciwość, zaufanie wobec partnerów i czas jaki trzeba im poświęcać.
Tragiczna postać, z tego Plasila,  wrażliwy i o dużym potencjale intelektualnym, mający predyspozycje by zawojować świat i taka wielka rezygnacja. Człowiek, który
sprowokowany przez własnego ojca, 
zaczyna życie od młodzieńczego buntu, dochodząc do rezygnacji ze
wszystkiego, nawet z siebie samego.
A film, czy niesie jakiś ladunek, który potrafi wzmocnić widza, niesie jakieś
przesłanie? Niestety, „Rene” kojarzy mi się z produkcjami Ewy Borzęckiej – po
których projekcji mam zawsze wrażenie, że manipuluje swoimi bohaterami, zdobywa
ich zaufanie, po to by mieć atrakcyjny i nośny temat, pokazać ludzi uległych
nałogowi, ich małość, dramat życia wynikający z braku woli, poddania się,
inercji w jaką wpadają niesieni bezwladnie przez bieg zdarzeń. Ludzie, którzy
nie mają sił, woli, umiejętności, choć nie są głupi, by wykorzystać potencjał jaki w
nich drzemie. I to pytanie zadane przez Rene pani reżyser „Czy jestem dla
ciebie tylko tematem filmu, czy kimś więcej”? I ta wymijająca odpowiedź.
Smutne. Być tylko środkiem do celu. Zawsze sam, nawet jeśli na własne życzenie, też żal.

Jubileusz 50-ciu lat życia kury domowej należy uczcić. W końcu należy
się jej:  tyle lat wiernej służby, zawsze na posterunku, zawsze czujna i
gotowa, niech raz poczuje, że jest ważna. Niech ugotuje dobry obiad,
pieczony kurczak to jej specjalność, a  na deser niech zdmuchnie sobie
symboliczne świeczki na upieczonym przez nią własnoręcznie torcie.
Mniam! I koniecznie, niech nie zapomni w tym czasie pomyśleć o jakimś
marzeniu.  O czym pomyślała Maria del Carmen (doskonała kreacja Marii Onetto), bo to właśnie ona jest
cichą bohaterką rodzinnego spotkania / i życia/, w tej, jakże podniosłej,
chwili? Czy w ogóle zdążyła o czymkolwiek pomyśleć na swój temat, do tortu, przecież, trzeba podać szybko kawę!
Po hałaśliwym wieczorze urodzinowym, Maria udała się do swego
pokoju, by wreszcie odpocząć i odpakować prezenty. Jakież było jej
zdziwienie, gdy jednym z nich okazało się wielkie pudło puzzli, z
portretem pięknej Nefretete. Maria  od dawien dawna była
wprawiona w puzzlach kuchennych. Czasem składała porozbijane talerze, 
czy inne skorupy.  Ot, tak dla zabawy, jeśli rozbiły się na wiele
części, a jeśli na mniej, kto wie, może i nawet je sklejała…W końcu od
tego była, by oszczędzać i dbać o budżet domowy. Ale te puzzle, które
otrzymała od starej i chorej ciotki, były wyjątkowe, miały 1000
elementów i kusiły tajemniczą twarzą egzotycznej kobiety. Przesiedziała
nad nimi całą noc, a rano,  od razu pojechała do stolicy, do
prawdziwego salonu z układankami.  Tam, przypadkowo, trafiła na
ogłoszenie, że ktoś poszukuje partnera do zawodów w układaniu puzzli.
Postanowiła zadzwonić.  I tak oto zaczyna się przygoda życia 50-letniej
Marii del Carmen.
Film Natalie Smirnoff jest tak samo skromny jak
jej bohaterka, Maria del Carmen.  Opowiada o bardzo zwyczajnym życiu
przeciętnej kobiety w średnim wieku, jakich na świecie są miliony. Ale ile z
nich postanawia któregoś dnia pomyśleć wreszcie o sobie? A na to nigdy
nie jest za późno. Wystarczy tylko, albo aż, dać sobie czas, poświęcić
go nieco wyłącznie dla siebie, a świat się od tego nie zawali. Nie zrujnuje
się także życie rodzinne, wręcz przeciwnie, szczęśliwa i
usatysfakcjonowana żona i matka, może nie nakryje jak co dzień do stołu,
zapomni o zakupach, w tym m.in. o ulubionym serze pana małżonka, ale za
to ileż radości i lekkości wniesie w atmosferę domową.  Aż będzie się
chciało wszystkim żyć! I tańczyć!
Zapewniam, jednocześnie i
namawiam, nie zrażajcie się, do tego filmu. Kury wbrew powszechnej
opinii, nie muszą być stworzeniami nieciekawymi czy mało inteligentnymi
(to tylko opinia, ukuta na pożytek ich hodowców), a film argentyńskiej
debiutantki o znajomo brzmiącym nazwisku, przekonuje, że wszystko co
wydaje się nudne z pozoru, może być w gruncie rzeczy fascynujące. I nie
chodzi tylko o kury, ale choćby o takie puzzle. Jak się okazuje,  układanie ich może odbywać
się wg różnych strategii i technik, można to robić na czas, ścigając się
w pojedynkę i zespołowo, można zdobywać dzięki nim puchary, zwiedzać i
poznawać świat, jeśli nie dosłownie, to  tak jak Maria del Carmen, w
wyobraźni, składając  z maleńkich kawałeczków tektury toskańskie pejzaże
na kuchennym stole. 
Film ma bardzo pozytywny wydźwięk, czasem  przypominał mi  baśń o kurze, która wraz z księciem
układała puzzle, a na końcu żyła długo i szczęśliwie. Ale
uważny i wrażliwy widz, oprócz baśniowej słodyczy, poczuje także lekko
kwaśny czy cierpki smak, który ją wyśmienicie uzupełnia.  Być może podobnie smakuje jabłko, które z takim apetytem, lecz nie łapczywie, pałaszuje na plakacie, a  także w jednej ze scen filmu, 50-letnia
spełniona, na swój sposób, kura domowa. 


  • RSS